strona główna      o nas      co nowego      statkol      linki      księga gości
Informacje praktyczne
ATRAKCJE      bezpieczeństwo      ceny      dojazd      DROGI      ludzie      MAPY      NOCLEGI      ukształtowanie terenu      wizy      woda     



Armenia to pierwszy chrześcijański kraj na świecie. Chrzest Armenii miał miejsce w 301 roku i od tego czasu na jej terenie zaczęły powstawać kamienne klasztory fantastycznie wkomponowane w otaczający krajobraz. Nic więc dziwnego, że przed wyjazdem Armenia kojarzyła się nam właśnie z owymi starochrześcijańskimi budowlami. Poniżej przedstawiomy nasz subiektywny ranking wraz z krótkimi opisami.

Starochrześcijańskie ormiańskie klasztory:

  1. Tatev - Nasz urzekł przede wszystkim malowniczym oraz trudno dostępnym położeniem na krawędzi kanionu Worotan. Aby się do niego dostać musieliśmy jechać wiele kilometrów na południe kraju, by na sam koniec pokonywać 500-metrowy stromy, szutrowy podjazd wyrżnięty w ścianach kanionu. Niestety kilka miesięcy później ukończono modernizację drogi, kładąc tam równiutki asfalt, a ponad kanionem uruchomiono najdłuższą na świecie kolej gondolową. Prawdopodobnie "dzięki" tym inwestycjom Tatev sporo straci ze swej magii.
  2. Noravank - Położony wysoko, w otoczeniu czerwonych skał, na końcu długiej doliny. Aby się do niego dostać należy pokonać prawie 500-metrowy podjazd w cieniu wysokich, pionowych skalnych ścian. Sam klasztor został niedawno odbudowany, ale prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie w otoczeniu surowej przyrody.
  3. Geghard - Lokalizacja blisko Erywania czyni go bardzo popularnym miejscem odwiedzin. Tu na uwagę zasługują przede wszystkim wnętrza - wiele sal wykuto bezpośrednio w litej skale, a rozmach tego przedsięwzięcia budzi szczery podziw.
  4. Khor Virap - podobnie jak Geghard, jest bardzo chętnie odwiedzany przez mieszkańców stolicy. Widok klasztoru na tle zaśnieżonego stożka Araratu na zawsze zapada w pamięć, będąc jednocześnie chyba najbardziej znaną "widokówką" Armenii.
  5. Sanahin i Haghpat - Położone blisko siebie klasztory wpisano zostały na listę UNESCO. Aby się do nich dostać, trzeba każdorazowo wyjechać 300 metrów w górę na powierzchnię kanionu Debed. Oba klasztory zaskakują ciągle mało skomercjalizowanym otoczeniem, niewielką liczbą odwiedzających i bezpłatnym wstępem.
  6. Amberd - warto go odwiedzić przede wszystkim ze względu na położenie. Dwie niewielkie rzeczki spływające ze zboczy Aragacu wyżłobiły w skale głębokie wąwozy. Amberd wybudowano u zbiegu tych wąwozów, na krańcu skalnego cypla.
  7. Tanahat - duże wrażenie za sprawą ciekawego położenia w półpustynnym otoczeniu.
  8. Sevanavank - malownicze położenie na półwyspie jeziora Sewan, ale bezpośrednie otoczenie bardzo skomercjalizowane: hałas i mnóstwo ludzi.
  9. Saghmosavank i Hovannavank - obydwa zaskakują położeniem na samej krawędzi wąwozu Kasach, którego głęboka bruzda ukazuje się naszym oczom dosłownie w ostatniej chwili.
  10. Odzun - to miejsce zapamiętaliśmy głównie za sprawą gościnnego popa, który pozwolił nam rozbić namioty tuż obok świątyni, w otoczeniu kilkusetletnich chaczkarów.
Odwiedzając wymienione klasztory poznamy równolegle wszystkie pozostałe atrakcje Armenii: wspaniałe i bardzo zróżnicowane krajobrazy, stare, kręte drogi i przede wszystkim Ormian. Ich gościnność wywrze na nas największe wrażenie.




Armenia jest krajem bardzo bezpiecznym, co daje się odczuć na miejscu. Ryzyko kradzieży, czy rozboju jest znacznie niższe, niż w krajach europejskich.




Można przyjąć, że ceny są podobne do polskich. Tańszy był transport. Za wynajęcie marszrutki lub autobusu na trasę o długości 120 km w jedną stronę płaciliśmy do 40 tys. dramów, czyli około 350 zł.
Obiad w przydrożnej restauracji, którym najadaliśmy się wszyscy (7 osób dorosłych i dwójka dzieci), kosztował około 18 tys. dramów, czyli 150 zł.




Do Armenii najłatwiej dostać się samolotem. Bezpośrednie połączenie oferuje między innymi LOT (z Warszawy do Erywania) oraz Air Baltic. My za promocyjne, dwustronne bilety płaciliśmy po 620 zł od osoby dorosłej i 400 za dziecko. Przewóz rowerów w bagażu podstawowym nie wymagał dodatkowej opłaty. Obecnie niestety już zmieniono te regulacje i za rower zapłacimy 35 euro + 50 zł opłaty manipulacyjnej w Polsce. W tym przypadku waga roweru nie jest wliczana do limitu bagażu podstawowego. Podróż trwała około 3 i pół godziny.



Drogi główne są asfaltowe, ale na ogół nierówne. Drogi boczne to często szuter lub bardzo zniszczony asfalt. Jazda z małymi dziećmi wymaga używania dobrych, amortyzowanych przyczepek. Nasze Charioty sprawdzały się bez zarzutu. Kierowcy sprawiają wrażenie nieobliczalnych, jednak niewielkie natężenie ruchu sprawia, że jazda jest na ogół przyjemna nawet na głównych drogach.
Lokalną ciekawostką jest droga Kapan-Goris, która w kilku miejscach przekracza formalną granicę z Azerbejdżanem. Ponieważ jednak od rozpadu Związku Sowieckiego tereny te kontrolowane są w całości przez Ormian z Republiki Górskiego Karabachu, nawet nie zauważamy momentu wjazdu i wyjazdu z Azerbejdżanu.




Duszą Armenii są jej mieszkańcy. Wspaniali, niezwykle gościnni i serdeczni ludzie, bezustannie gotowi do pomocy, otwarci na przybyszów z daleka. Ileż to zwykłych rozmów przy drodze zakończyło się zaproszeniem na kawę, herbatę, a nawet wspólną biesiadę?. Z Ormianami dogadamy się w zasadzie tylko po rosyjsku, angielskiego się tu nie używa.




Używaliśmy sowieckich sztabówek 1:100.000, które można ściągnąć w internecie z czeskich stron z mapami. Niestety na mapach tych wiele elementów było zdeaktualizowanych: od nazw miast, po przebiegi i nawierzchnie niektórych dróg.




W Armenii na każdym noclegu mieliśmy dostęp do słodkiej wody!! To pierwszy i mam nadzieję nie ostatni taki przypadek w historii naszych wypraw. Nie było też żadnych problemów z wyszukaniem dogodnego miejsca na obóz, a noclegom towarzyszyło wysokie poczucie bezpieczeństw. Rozbijaliśmy się w dowolnym miejscu i nie musieliśmy się martwić, że przyjdzie właściciel łąki i zażąda pieniędzy lub wezwie policję.
Dwa razy nocowaliśmy w hotelach, były stosunkowo tanie (około 70 zł za pokój 2-3 osobowy). W Asztaraku bieżąca woda dostępna była jedynie przez pół godziny.




Armenia jest krajem bardzo górzystym. Pod tym względem nasza trasa dorównywała tej na Korsyce i to pomimo kilkukrotnego podjeżdżania na przełęcze marszrutkami. Na 100 km dystansu suma przewyższeń wyniosła 1410 metrów. Często zdarzały się strome odcinki o nachyleniu dochodzącym do 10%.
W trakcie wyprawy po Armenii miał miejsce najtrudniejszy etap dzienny w mojej przyczepkowo-rowerowej karierze. Dziewiątego dnia, podjeżdżając szutrem z dna kanionu Worotan do klasztoru Tatew i następnie na przełęcz Okuzarat, uzyskaliśmy średnią prędkość dnia 6,4 km/h.




Wjeżdżając do Armenii obowiązują nas wizy, jednak formalności z ich pozyskaniem, jak również ich cena były symboliczne. Wiza turystyczna na 21 dni dla osoby dorosłej kosztowała 3000 dramów, czyli około 26 zł. Dzieci otrzymały bezpłatne wizy 120-dniowe. Wizy można zakupić od ręki na wszystkich przejściach granicznych, w tym na lotnisku w Erywaniu.




W Armenii jest bardzo wiele ujęć dobrej, górskiej wody. Ogólnodostępne krany znajdziemy w każdej wiosce. Picie nie przegotowanej wody nie powodowało u nas żadnych kłopotów żołądkowych.
© Przemysław Remigiusz Kitliński 2006-2016