strona główna      o nas      co nowego      statkol      linki      księga gości
Relacja
Czy jest w Europie kraj, w którym 80% samochodów to mercedesy, 90% mieszkańców posiada broń palną, a 100% rodzin miało własny bunkier na wypadek chińskiej inwazji? Tak, ten kraj to Albania.
Czy jest w Europie kraj mniejszy od większości polskich województw, ale jednocześnie posiadający wyższe niż w Polsce góry, trzykrotnie większe jezioro, jeden z najgłębszych na świecie kanionów oraz morze z jedynym w południowej Europie fiordem? Tak, ten kraj to Czarnogóra.
Czy jest w Europie kraj, gdzie większość nazwisk kończy się na swojsko brzmiące "ski", ale w krajobrazie dominują prawosławne monastyry oraz muzułmańskie meczety? Tak, ten kraj to Macedonia.
Czy wreszcie jest w Europie region, który pod względem egzotyki, piękna krajobrazu i odmienności kulturowej dorównuje znacznie odleglejszym rejonom świata? Region, gdzie liczne kaniony i pasma górskie czynią teren niedostępnym dla turystycznych autokarów. Gdzie widok rowerzysty z sakwami nagradzany jest oklaskami, a ludzie są przyjaźni, jak nigdzie indziej w Europie? Tak, ten region to Bałkany.

 
Czarnogóra (tapeta 1280x1024)
 
Macedonia (tapeta 1280x1024)



Uczestnicy

Rajd po Bałkanach zapowiadał się ciekawie od samego początku. Już sam skład naszej ekipy gwarantował, że na pewno nie będzie nudno. Tak więc udział w rajdzie potwierdził Lider, który swoje przezwisko otrzymał w dowód uznania po przejechaniu rowerem 16 tys. km w jednym roku. Gdy pozostali próbowali oswoić się z tym abstrakcyjnym wynikiem, Lider trenował coraz więcej, by rok 2005 zamknąć dystansem 30 tys. km. Z racji doświadczenia, Lidera obwołaliśmy szefem wyszkolenia. Z kolei do miana najbardziej wszechstronnego sportowca w ekipie pretendował Karpiu, który na wieść o wyznaczeniu treningów przedrajdowych w warunkach mocno zimowych oświadczył, że zeszłej jesieni sporo jeździł konno, co gwarantuje mu utrzymanie dobrej kondycji. Zresztą będąc już na rajdzie nie odpuszczał żadnej okazji, by dosiąść jakiegoś zwierzaka. Natomiast Łukasz zasłynął tym, iż na pierwszym treningu pojawił się bezpośrednio po imprezie, z której wrócił tak późno, że nie opłacało mu się kłaść spać. Mówił przy tym, że jest to dobra zaprawa ogólnorozwojowa i wszyscy powinniśmy iść w jego ślady.
Niestety na rajd nie mogła jechać moja żona, co jak zgodnie stwierdziliśmy, znacznie zubożyło walory etyczne i estetyczne naszej drużyny. Nieobecność ta była jednak usprawiedliwiona i wynikała bezpośrednio z naszych zakulisowych działań, w wyniku których, kilka miesięcy po rajdzie, RowerowaRodzinka zwiększyła swój stan liczebny o kolejną zawodniczkę.




Serbia - droga zasypanych tuneli

Dojazd pociągami do Serbii przebiegał zgodnie z planem, bez większych niespodzianek. Przesiadki szły sprawnie, a rowery, w najgorszym wypadku, lądowały w wagonowych toaletach. Jedynym godnym uwagi wydarzeniem był sms od Justyny, który doszedł do nas w okolicach Belgradu. Odczytaliśmy z niego, że autobus, którym pierwotnie zamierzaliśmy dotrzeć na Bałkany, właśnie rozbił się na Węgrzech i jest wielu poszkodowanych. Po tej informacji definitywnie zakończyły się narzekania na ścisk panujący w naszym wagonie, a niektórzy zaczęli nawet chwalić jakość linoleum w korytarzu, na którym przyszło nam spocząć.
Na tle tuneli droga prezentowała się mizernie.
Gdy po dwudniowej podróży dotarliśmy wreszcie na miejsce startu, strasznie rozpierała nas energia. Nie może więc dziwić, że gdy tylko wydostaliśmy się z ostatniego pociągu, ruszyliśmy z zapałem naprzód. Droga regionalna nr 8, którą obraliśmy, zaznaczona była na mapie Bałkanów grubą, żółtą kreską. Fakt ten, w sposób oczywisty, wpłynął na ugruntowanie stosunkowo wysokich oczekiwań względem klasy nawierzchni, jaką spodziewaliśmy się zastać na tym odcinku. Tymczasem już po kilku pierwszych kilometrach skończył się asfalt i pod kołami naszych rowerów zaczęły chrupać skalne odłamki. Na szczęście był to początkowy etap wyprawy i nikt jeszcze nie zdradzał postaw roszczeniowych, więc bez zbędnych dyskusji kontynuowaliśmy podjazd. Nasza kamienista droga wiodła teraz krawędzią wąskiego kanionu, co przyjęliśmy ze sporym entuzjazmem, gdyż na co dzień nie mamy okazji przejeżdżać przez wąskie kaniony. Odpowiednie wrażenie zrobił też na nas pokaźny, betonowy tunel, który pojawił się za jednym z zakrętów. Wkrótce okazało się, że tuneli jest więcej, a długość trasy przebiegającej wewnątrz tuneli dorównuje tej w otwartym terenie. Mnie tymczasem zaczęła zastanawiać wyraźna dysproporcja między szerokością naszego traktu, a rozmiarem tuneli. Wyjaśniam od razu, że wobec ogromu betonowych budowli, droga prezentowała się wyjątkowo mizernie, a na dodatek jej szerokość systematycznie się zmniejszała. Generalnie rozmiary tuneli umożliwiały minięcie się wewnątrz dwóch ciężarówek, z tym że oczywiście żadnych ciężarówek tam nie było, bo jak już wspomniałem, skończył się asfalt.
Niska klasa nawierzchni utrudniała sprawny przejazd.
U wylotu któregoś z kolejnych tuneli ujrzeliśmy zaparkowanego jeepa, do którego z naprzeciwka wracał kierowca. Na nasz widok bąknął nawet coś tam pod nosem, czyniąc jednocześnie ostrzegawcze gesty palcem. My jednak dumnie ominęliśmy jeepa, pokazując facetowi, kto tu dysponuje odpowiednim sprzętem. Niestety już po kilkudziesięciu metrach sytuacja uległa radykalnemu pogorszeniu. Nasza droga zamieniła się w ścieżkę, a zaraz potem w ścieżkę zasypaną głazami metrowej wysokości. Muszę przyznać, że czułem się wtedy bardzo zawiedziony wyraźnym brakiem zgodności pomiędzy oznaczeniami zastosowanymi na naszej mapie, a sytuacją panującą w terenie. Ale cóż było robić. Z trudem unieśliśmy obładowane rowery i zaczęliśmy ostrożnie przechodzić po zwalonych kamlotach. Jednak po pokonaniu pierwszego osuwiska, szybko pojawiło się następne, a potem jeszcze kolejne. Pech chciał, że taka przeprawa przytrafiła się nam już pierwszego dnia rajdu, kiedy to rowery osiągają zazwyczaj maksymalną wagę, w wyniku obładowania ich najróżniejszymi zapasami. Szybko okazało się, że najwięcej zapasów zabrał z domu Łukasz i niestety również ja, a wagę brutto naszych dwukółek oszacowaliśmy na 50 kg każdy. Balansowanie z takim ciężarem na kiwających się głazach było tyleż nieprzyjemne, co niebezpieczne i w szybkim tempie traciliśmy energię skumulowaną podczas podróży pociągiem.
Tunel zasypany aż po sufit.
Z ubolewaniem muszę też odnotować, że zastosowany przez Lidera przedrajdowy program treningowy zupełnie nie uwzględniał noszenia rowerów w powietrzu, co w niedługim czasie doprowadziło u mnie do wyraźnego ograniczenia motoryki. Nie byłem w stanie unieść swojego roweru na dłużej niż 2 sekundy, a każdy, pojedynczy krok wymagał starannego rozplanowania w terenie. Wtedy też pojawiła się propozycja, by jednak sprawdzić, czy nasza droga w ogóle dokądś prowadzi. Niestety Lider, który zgłosił ów pomysł, nie był zbyt skory do jego realizacji. Dalej więc poruszaliśmy się w żółwim tempie, taszcząc ciężkie rowery po skalnych osuwiskach. Z utęsknieniem wyczekiwaliśmy też każdego następnego tunelu, gdyż tylko one opierały się wszechobecnym skałom i można tam było w miarę spokojnie prowadzić rowery. Ale to też do czasu. Wylot jednego z kolejnych tuneli zasypany był głazami prawie po samą górę. Jedynie tuż pod sufitem została niewielka luka, dzięki której korytarz nie toną w kompletnych ciemnościach, a my zdołaliśmy wydostać się na zewnątrz. Niestety wkrótce dotarliśmy do tunelu, którego nie można było ani przejechać, ani ominąć. Był to niedokończony tunel, z którego najwyraźniej wycofano maszyny, przed końcem robót. W tym też miejscu rozbiliśmy obóz, by wypocząć przed drogą powrotną, która czekała nas rankiem.



Czarnogóra - przeprawa przez Durmitor

Tak wygląda Durmitor na początku maja.
Jedną z ważniejszych atrakcji naszego rajdu miał być przejazd przez góry Durmitor nad samą krawędzią najgłębszego w Europie kanionu. Gdy oficjalnie oznajmiłem ten fakt kolegom, Grzesiek, który potem w niewyjaśnionych okolicznościach zrezygnował z udziału w rajdzie, zapytał czy wiemy, jak wygląda Durmitor na początku maja? Oczywiście nie mieliśmy o tym pojęcia, więc zgodnie zbagatelizowaliśmy ostrzeżenie Grzegorza, nie biorąc w ogóle pod uwagę faktu, że jest on magistrem geografii. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że obawy Grzegorza nie były tak całkiem bezzasadne. Trzy miesiące przed naszym wyjazdem Czarnogórę nawiedziły niespotykane od lat opady śniegu i trzy czwarte kraju było odcięte od reszty świata. Mimo to zamierzaliśmy trzymać się wersji, że do maja po śniegu nie będzie śladu i każdy z nas spakował w sakwy po trzy zestawy krótkich spodenek. Nieco gorzej sprawa wyglądała na miejscu.
Nocleg nad Crnym jezerem koło Žabljaka.
Najpierw przez 50 km jechaliśmy dnem Kanionu Tary i gdy wreszcie stromą serpentyną udało nam się z niego wydostać, zobaczyliśmy góry Durmitor solidnie zasypane śniegiem. Nocleg w takiej scenerii nad Crnym jezerem koło Žabljaka (1416 m n.p.m.) był nie lada atrakcją. Jezioro to jest dla Czarnogórców tym, czym Morskie Oko dla Polaków. Jednak wczesną wiosną panował tam błogi spokój, a nieliczni wędkarze przyjaźnie nas pozdrawiali, machając nam ręką na powitanie. Wtedy też zjedliśmy z Łukaszem jego słynną kaszkę Bebiko z zamazaną datą ważności, choć z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że była przeterminowana o 2 lata. To było najlepsze śniadanko na całym rajdzie i niech żałują ci, którym zabrakło odwagi. Nazajutrz od samego rana przygrzewało słońce, przez co wzmógł się nurt w potoku wpływającym do jeziora tuż przy naszych namiotach. Na szczęście znacznie większy potok wypływał z jeziora na jego przeciwległym krańcu, dzięki czemu nasze namioty nie uległy zalaniu.
Po śniadaniu wróciliśmy do Žabljaka i zrobiliśmy zakupy, co było o tyle istotne, że na kolejny sklep spożywczy natknęliśmy się dopiero następnego dnia po południu.
Snijeg, snijeg, nijema puta.
Podjazd w góry wąskim asfaltem zapowiadał się spektakularnie. Jechaliśmy bowiem śnieżnym korytarzem, uformowanym przez spychacz, którego ściany miały około dwa metry wysokości. Zaspy zalegające po obu stronach drogi przybierały nieraz fantastyczne kształty, a jednej zrobiliśmy nawet zdjęcie, bo wyglądała zupełnie jak Gonzo z Muppet Show. W pewnym momencie zatrzymał się przed nami samochód, który jeszcze kilka chwil wcześniej wyprzedzał nas jadąc pod górę. Z samochodu wyszedł facet i mówiąc snijeg pokazywał ręką w kierunku, skąd właśnie przyjechał. Ponieważ pełno śniegu leżało wszędzie dookoła, wzruszyliśmy tylko ramionami na takie rewelacje. Wtedy facet podszedł do zaspy na poboczu, zanurzył rękę w śniegu i jeszcze wyraźniej powtarzał snijeg, snijeg, nijema puta . Widząc jednak, że kierowane do nas ostrzeżenia zupełnie nie znajdują zrozumienia, facet wsiadł do samochodu i odjechał. Sprawa wyjaśniła się po niecałym kilometrze, gdy za kolejnym zakrętem ujrzeliśmy Lidera siedzącego na asfalcie pod wielką ścianą śniegu. Najwyraźniej w spychaczu kończyło się paliwo i musiał zawrócić.
Kolektywnie wciągamy obładowane rowery
na śnieżną zaspę.
Popstrykaliśmy trochę zdjęć, a ja, po przeanalizowaniu mapy stwierdziłem, że czeka nas poważna korekta trasy. Musimy zrezygnować z przejazdu przez Bośnię i Chorwację, gdyż zasypana droga jest jedyną w kierunku granicy, a na objazd gór nie wystarczy czasu - powiedziałem. Tymczasem Karpiu, wiedziony zamiłowaniem do sportów zimowych, wdrapał się na czubek śnieżnej zaspy i oznajmił, że kawałek dalej widać trochę asfaltu. Na decyzję nie trzeba było długo czekać. Stosując wszelkie dostępne techniki alpinistyczne wciągnęliśmy siebie i nasz sprzęt na górę i przystąpiliśmy do forsowania zasypanej drogi. Rzeczywiście co jakiś czas spod śniegu widać było fragmenty kamieni z pobocza, ale sytuacja diametralnie zmieniła się, gdy po następnym kilometrze droga przeszła na stok o ekspozycji północnej. Zaczęły się prawdziwe, nieprzebrane śniegi i lawiniska. Momentami nie było widać, którędy przebiega zasypana szosa i musieliśmy długo debatować, by obrać właściwy kierunek marszu. W zasadzie trudno nazywać tę przeprawę marszem. Było to raczej brnięcie w kompletnie przemoczonych butach, przepychając niemiłosiernie obładowane rowery, oblepione dodatkowo mokrym śniegiem. Zapadaliśmy się przy tym od czasu do czasu po same kolana, lub jak kto woli, po osie kół. Krótkie odpoczynki musieliśmy robić co jakieś 50 metrów, gdyż na więcej nie starczało nam sił. Nawet Lider powiedział potem, że gdyby tego dnia nie świeciło słońce,
Kto by pomyślał, że pod śniegiem biegnie szosa?
to nigdy by się nie zgodził na taką przeprawę. Gdy wreszcie po dwóch godzinach marszu dotarliśmy na przełęcz, zasiedliśmy do obiadu, by wzmocnić nadwątlone siły. Jedliśmy sobie kanapki z konserwą zastanawiając się, gdzie właściwie podziewa się Karpiu, po którym został tylko rower oparty o krzak kosodrzewiny. Po około godzinie wrócił mocno rozentuzjazmowany Karpiu. Twierdził, że przedostał się nad samą krawędź Kanionu Tary, który w tym miejscu miał ponad 1400 metrów głębokości i kończył się gwałtownym urwiskiem. Mówił też, że przeprawa nie była łatwa, gdyż co jakiś czas zapadał się w jakieś szczeliny po pas w śnieg, a należy tu dodać, że wyszedł w krótkich spodenkach. Bardzo zazdrościliśmy mu tego widoku, ale trzeba było ruszać dalej, bo droga w dół wyglądała na jeszcze bardziej zasypaną, niż ta pod górę. Dodatkowym elementem podnoszącym atrakcyjność tego odcinka była niesłychana ekspozycja stoku, którym się przez jakiś czas poruszaliśmy. Było to w zasadzie szerokie lawinisko i wystarczyło tylko trochę stracić równowagę, by w ekspresowym tempie zjechać gdzieś w dół. Mieliśmy za to widok na wszystkie okoliczne pasma górskie, nawet te w Bośni i Serbii. W tym właśnie miejscu był też największy problem z określeniem przebiegu naszej ukrytej szosy, która zgodnie z mapą zaczynała kluczyć krętą serpentyną. Kiedy późnym popołudniem postawiliśmy nogi na suchej ziemi, długo nie mogliśmy uwierzyć, że udało nam się przejść przez zasypane śniegiem góry.
Nad krawędzią Kanionu Sušicy.
Wieczorem zjechaliśmy szutrową drogą do Kanionu Sušicy - odnogi Kanionu Tary. Kanion ten przypominał ogromną szczelinę powstałą na skutek pęknięcia ziemi. Jego szerokość nie przekraczała kilometra, ale żeby dostać się na przeciwległą stronę, należało zjechać 5 km w dół i potem podjechać 5 km w górę. Zdaliśmy sobie sprawę, że przyjdzie nam nocować w miejscu niemalże odciętym od świata. Z jednej strony droga przez zasypany śniegiem Durmitor, z drugiej wąski, kamienny trakt wyrżnięty w pionowych ścianach urwiska. Zafascynowani magią miejsca, do którego dotarliśmy w tak niewiarygodnych okolicznościach przyrody, przysiedliśmy z wrażenia na łące. Wsłuchiwaliśmy się dłuższą chwilę w otaczającą nas ciszę, gdy gdzieś z oddali zaczął dobiegać złowrogi warkot, przybierający stopniowo na sile. Po jakimś czasie cały kanion wypełnił się hałasem potęgowanym przez echo odbijające się na przemian od jego obydwu ścian. Z niemałym zdziwieniem przyjęliśmy informację, że sprawcą hałasu jest pokraczna ciężarówka, pełniąca rolę obwoźnego sklepu spożywczego. Właściciel wehikułu zamierzał przedostać się z dostawą do wiosek odciętych przez śniegi. Zapytał nas o stan drogi prowadzącej w górę kanionu i odjechał. Szczerze mówiąc wątpiliśmy w powodzenie tego przedsięwzięcia, ale po kilkudziesięciu minutach warkot rzężącego silnika ucichł znikając za krawędzią urwiska. Odetchnęliśmy z ulgą. Tej nocy mieliśmy najbardziej odludny nocleg w historii. Namioty ustawiliśmy nad Sušičkim jezerem, w przepięknej scenerii gór Durmitoru otaczających kanion. Do najbliższej, pojedynczej chałupy było stamtąd około 6 km, do najbliższego stacjonarnego sklepu spożywczego, posiadającego artykuły inne niż alkohol, około 30 km, a najbliższe miasto znajdowało się w Bośni i Hercegowinie 85 km od naszego obozowiska.



Granica czarnogórsko-bośniacka, czyli jak pokonać nieczynne przejście graniczne

I to jest ta rzeka piwa?
Przecieranie śnieżnego szlaku przez Durmitor poskutkowało poważnymi opóźnieniami względem harmonogramu rajdu. Przyszedł więc czas, by zmobilizować ekipę i nadrobić stracony dystans. Moje uwagi najbardziej wziął sobie do serca Łukasz, któremu obiecałem, że jak się sprężymy, to pod koniec dnia będzie drin, piwsko, a nawet rzeka piwa. I rzeczywiście, po jakimś czasie, naszym oczom ukazał się wspaniały widok na spiętrzone wody jeziora Pivsko, wypełniające kanion rzeki Pivy, będącej z kolei dopływem rzeki Drin. Przystanęliśmy na dłuższą chwilę, wpatrując się w ten bajkowy krajobraz. Jedynie Łukasz wyglądał na nieco rozczarowanego widząc, że rzeka piwa, o której mu wspominałem, będzie miała niewiele wspólnego z jego wcześniejszymi wyobrażeniami.
Zjazd tunelami do Kanionu Pivy.
Gdy każdy z nas nacieszył się do woli widokiem jeziora Pivsko, chlupoczącego w odnogach Kanionu Pivy, ruszyliśmy w dalszą drogę. Traf chciał, że już po kilkuset metrach musieliśmy przystanąć po raz drugi. To, co zobaczyliśmy tym razem, było tak zdumiewające, że ciężko będzie to tutaj prawidłowo opisać. Wyeksponowana ściana kanionu podziurawiona była mnóstwem otworów, przez które przechodziła nasza droga. Wykute w skale tunele zakręcały przy tym w tak dziwaczny sposób, że widząc wlot tunelu, trudno było odgadnąć, w której części zbocza pojawi się wylot. Rozgryzienie tej łamigłówki zajęło nam trochę czasu. Potem okazało się, że większość tuneli wydrążono na nawrocie serpentyny przez co jednocześnie można było zobaczyć i wlot i wylot. Oczywiście, tak jak wszystkie tunele w Czarnogórze, tak i te wykuto bezpośrednio w skałach, nie zabezpieczając ich betonową konstrukcją oraz nie instalując żadnego oświetlenia. Łatwo sobie wyobrazić, ile emocji dostarczył nam zjazd przez takie tunele. Nachylenie drogi prowokowało bowiem
Skrzyżowanie dróg w tunelu.
do rozwijania prędkości, z którymi nie mamy na co dzień do czynienia (oczywiście oprócz Lidera, który jest obyty z szybką jazdą). Po wjechaniu w tunel ogarniały nas nieprzebrane ciemności, a do tego niejednokrotnie trzeba było gwałtownie zakręcić. Aż dziw, że nikt nie poszarpał sobie rękawów o wystające ze ścian skały. Gdy po minięciu dziesiątego tunelu zaczynaliśmy się do nich powoli przyzwyczajać, na trasie pojawiła się kolejna ciekawostka. Wewnątrz jednego z tuneli urządzono skrzyżowanie, a drogi rozchodziły się w trzech różnych kierunkach. Zresztą na główną drogę, prowadzącą do granicy z Bośnią i Hercegowiną, wyjechaliśmy też bezpośrednio z tunelu, ale tego typu niespodzianki powoli przestawały nas dziwić.
Droga międzynarodowa do Bośni, biegnąca Kanionem Pivy, miała charakter raczej prowincjonalny. Nie była zbyt szeroka, tunele tradycyjnie nieoświetlone i nie wytynkowane, a do tego panował tam zerowy ruch. Gdy po trzech pierwszych kilometrach nie napotkaliśmy z naprzeciwka żadnego samochodu, Karpiu powiedział, że pobija rekord jazdy pod prąd drogą międzynarodową. Przyłączyliśmy się do niego i wszyscy odtąd jechaliśmy lewą stroną. O dziwo, udało nam się przebyć w ten sposób ponad 30 km dzielące nas od granicy. Tam cała sytuacja szybko się wyjaśniła. Czarnogórski strażnik, nie wykazując żadnych oznak współczucia, poinformował nas, że przejście jest nieczynne z powodu remontu mostu granicznego. Pomyśleliśmy wtedy, że pewnie łatają dziury w asfalcie, co dla rowerzystów nie stanowi przeszkody i kontynuowaliśmy przetrząsanie sakw z zamiarem odnalezienia paszportów. Widząc naszą niewzruszoną postawę, strażnik postanowił unaocznić nam skalę problemu.
Most graniczny w przebudowie.
Zaprowadził nas na skraj urwiska, skąd pokazał palcem przebudowywany most, a właściwie tylko jego stalową konstrukcję, pod którą rwącym nurtem płynęła rzeka Tara. Powoli zaczęło do nas docierać, że wobec braku mostu na rzece, przekroczenie granicy stoi pod dużym znakiem zapytania. Sytuacja ta była o tyle poważna, że następne przejście znajdowało się jakieś 200 km dalej. Żaden z nas nie zamierzał jednak rezygnować bez walki. Przekonaliśmy pogranicznika, by podbił nasze paszporty i udaliśmy się na plac budowy. Gdy tylko zaparkowaliśmy u krawędzi stalowej konstrukcji, zacząłem nawoływać do robotników, by dogadać się w sprawie przekroczenia rzeki. Ci jednak byli zajęci spawaniem, paleniem petów, lub jednym i drugim na raz. W każdym bądź razie czynności te tak ich zajmowały, że w ogóle nas nie zauważyli. Zauważył nas za to bośniacki pogranicznik, stojący na drugim brzegu rzeki, dając nam sygnały rękoma, że przejście jest nieczynne z powodu remontu mostu.
Po kolejnych, nieudanych próbach porozumienia z robotnikami sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Nagle, opodal naszych rowerów, zatrzymał się samochód, z którego wysiadł facet wyglądający na kierownika brygady. Razem z facetem przyjechała również jego dziewczyna, co wykorzystaliśmy do zastosowania pewnego podstępu. Gdy facet ze zdziwieniem zauważył naszą obecność na placu budowy, błyskawicznie przystąpiłem do objaśniania mu naszego beznadziejnego położenia. Wskazałem przy tym, że jest najprawdopodobniej jedyną osobą, która da radę nas z tego wyciągnąć. Facet szybko zwietrzył możliwość zaszpanowania przed dziewczyną przystępując do energicznych działań. W kierunku pracujących na moście posypała się seria poleceń. Zgasły pety, zgasły spawarki i po chwili pierwszy z rowerów chybotał się nad rwącą rzeką w rękach robotnika wyznaczonego nam do pomocy. Potem kolejne rowery, bagaże, aż wreszcie przyszła kolej na nas.
Zgasły pety, zgasły spawarki i ruszyliśmy przez most...
Droga przez stalowe dźwigary mostu prowadziła po bezładnie ułożonych deskach i drewnianych belkach. Nigdy nie miałem problemów z równowagą, więc wystartowałem dość ochoczo. Jednak już po chwili mój entuzjazm gwałtownie osłabł. Na samym środku mostu brakowało jednej ze stalowych podpór. W kładce powstała przez to metrowa przerwa, którą należało przeskoczyć. Najgorsze było jednak to, że leżące dalej drewniane belki wysunięte były dwa metry bez żadnego oparcia. Miałem wrażenie, że jak tam skoczę, to konstrukcja się przeważy i polecę wprost do rzeki. Zacząłem się nawet zastanawiać nad temperaturą wody o tej porze roku oraz jakie jest prawdopodobieństwo, że nurt wyrzuci mnie po bośniackiej stronie, a jakie, że po czarnogórskiej. Ostatecznie okazało się jednak, że moja waga, uszczuplona marną dietą rajdową, nie była wystarczająco duża do przeważenia długiego bala.
Gdy już wszyscy znaleźliśmy się na drugim brzegu rzeki, bośniacki pogranicznik powitał nas pytaniem, czy przypadkiem nie przemycamy narkotyków w sakwach, czemu stanowczo zaprzeczyliśmy. Pod koniec dnia wyjaśniła się również zagadka tajemniczego, bośniackiego drina, którego wizja w trudnych momentach podtrzymywała na duchu Łukasza. Niestety rozwiązanie tej zagadki było dla niego potężnym ciosem. Objaśniłem mu bowiem, że zgodnie z zapisami na mapie, rzeka Piva, po połączeniu z rzeką Tarą, przyjmuje na terenie Bośni nazwę Drin...
Ten pełen emocji dzień zakończyliśmy zasłużonym spoczynkiem na łące obok zbombardowanego domu, których w Bośni niestety nie brakowało.



Albania - spuścizna Envera Hodży

Parking z przewagą mercedesów.
Wjeżdżając do Albanii byliśmy bardzo ciekawi, kiedy zobaczymy słynne bunkry budowane za czasów Envera Hodży. Myślałem nawet o tradycyjnym zakładzie, kto pierwszy je dostrzeże, ale nie zdążyliśmy go zorganizować, gdyż bunkry pojawiły się szybciej niż posterunek straży granicznej. Innym cennym spostrzeżeniem był fakt, że na pięć samochodów stojących na przejściu, cztery były mercedesami. Ta proporcja była zresztą właściwa na całym terytorium Albanii, co wzbudziło szacunek u kolegów interesujących się motoryzacją. Ponadto przy pierwszym mercedesie kręcił się pogranicznik w mundurze zupełnie nie dopasowanym do wzrostu. Zaznaczam od razu, że to mundur był zbyt duży, a nie odwrotnie.
Po skontrolowaniu naszych paszportów posterunkowy zażądał standardowo od każdego po 10 euro wjazdowego, co zresztą spotkało się ze zdecydowanym oporem z naszej strony. W celu rozstrzygnięcia
Bunkry na wypadek obcej inwazji.
narastającego konfliktu, szef posterunku wyciągnął z szuflady kartkę z wykazem opłat. Kartka była wymięta jak wycofany z obiegu banknot, ale mimo to odczytaliśmy z niej z triumfem, że Republika Polake - gratis. Poczuliśmy się bardzo wyróżnieni, gdyż ze wszystkich wymienionych na kartce państw świata, których wymieniono około trzydziestu, gratisowy wjazd do Albanii miała tylko Republika Polake i Sllovakia . Opłatę dla pozostałych, znanych w Albanii krajów ustalono właśnie w wysokości 10 euro, a dla Izraela aż 30 euro. Najbardziej jednak współczuliśmy podróżnym z tych nie wymienionych na kartce krajów, bo pewnie muszą uiszczać taksę doraźnie ustalaną przez szefa pograniczników, który nie wyglądał na człowieka skorego do ustępstw.
Z przejścia wyrwaliśmy od razu do przodu, by móc jak najszybciej chłonąć oczami wielkie dziwy, których spodziewaliśmy się naoglądać zaraz po przekroczeniu granicy. Po pierwsze miało nie być asfaltu na drodze tylko jakieś monstrualne wykroty z kałużami bez dna, a na poboczach sterty śmieci, stare lodówki i wraki samochodów. Ludzie mieli przechadzać się z bronią maszynową na ramieniu lub pod pachą i generalnie nasze życie, lub przynajmniej zdrowie, miało być w ciągłym zagrożeniu. Nadmienię tylko, że na wieść o celu naszej wyprawy, część znajomych nie dawała nam zbyt wielu szans na powrót, żegnając się z nami wylewnie w dniu wyjazdu.
Chaotyczny ruch na ulicach Tirany.
Tymczasem jechaliśmy gładziutką szosą, biegnącą prościutko przez łąki, a po obu stronach drogi stały świeżo wybudowane domy jednorodzinne z restauracjami lub sklepami na parterze. Budynki te wyraźnie kontrastowały na widnokręgu, gdyż dominującym kolorem elewacji był pomarańczowy, jaskrawoniebieski, fioletowy lub różowy. Mijające nas samochody przyjacielsko trąbiły, natomiast piesi pozdrawiali machając ręką, a niektórzy dodatkowo bili brawo. Na piętnastokilometrowym odcinku, dzielącym nas od miasta Szkodra, nie było w zasadzie osoby, która by zignorowała nasz przejazd. Jeden chłopak jadący motorem, to nawet specjalnie zawrócił i próbował z nami pogadać, ale trochę słabo rozumieliśmy albański, więc nic z tego nie wyszło. Zaskoczeni takim przyjęciem, zaczęliśmy nawet rozważania, czy aby przypadkiem nie zostaliśmy beneficjentami jakiegoś rządowego programu pod nazwą "Serdecznie witamy w Albanii", a miejscowa ludność to po prostu pracownicy Ministerstwa Turystyki. Cóż, kraj ten zmienia się w szybkim tempie i miłośnikom ekstremalnych widoków może być tu z każdym rokiem coraz trudniej.
Zardzewiały walec
ze stalowymi płytami w miejsce szyb.
Cała ta sytuacja trochę zwiodła naszą czujność, a prawdziwe atrakcje zaczęły się w Szkodrze, do której wjechaliśmy mostem zbudowanym z różnej długości desek i kawałków blachy oblanych smołą. Zniknęli nagle machający nam ludzie i zniknął gładki asfalt, a wokół nas rozgorzał niesamowity zgiełk. Panujący na przedmieściach Szkodry stan, trudno opisać nie używając takich słów jak chaos, zamęt lub po prostu bałagan. Jadące ulicami samochody lawirowały pomiędzy dziurami w jezdni mieszając się z rowerzystami i grupkami pieszych oraz straganami rozlokowanymi tuż przy samej drodze. Przemieszczający się we wszystkich kierunkach piesi i rowerzyści nie zwracali szczególnej uwagi na jadące samochody, gdyż te poruszały się tak wolno, że nie stanowiły większego zagrożenia. Stojący na każdym skrzyżowaniu policjanci zdawali się zupełnie nie zauważać ogromu wykroczeń drogowych popełnianych wkoło w każdej minucie. Nawet patrol zmotoryzowany, mijający nas z naprzeciwka na największym w mieście rondzie, uznał za rzecz zupełnie normalną, że jedziemy pod prąd. Na owym rondzie, przy krawężniku parkował kompletnie zardzewiały walec, w którym wybite szyby zastąpiono stalowymi płytami na stałe przyspawanymi do otworów okiennych. W ten sposób kierowca walca zupełnie nie mógł widzieć, gdzie jedzie, stąd też z ulgą przyjęliśmy fakt, że kierowcy nie było ani w środku, ani w bezpośredniej bliskości walca.
Gdy po jakimś czasie oswoiliśmy się z panującym wkoło krajobrazem, przypomniało się nam, że nie posiadamy miejscowej waluty.
Ergonomiczna łazienka
w Hotelu Kaduku w Szkodrze.
Zbliżała się noc i wszystkie banki już dawno zamknięto, więc pieniądze postanowiliśmy wymienić gdziekolwiek. Ponieważ na naszej stronie ulicy jedynymi czynnymi instytucjami był sklep papierniczy, fast food i berber , czyli fryzjer, udaliśmy się naprzeciwko do zakładu bukmacherskiego. Pomieszczenie stanowiące siedzibę bukmachera miało szerokość prowadzących do niego drzwi wejściowych, a wszystkie ściany oblepiono różnorakimi plakatami i artykułami z gazet. W środku stało biurko z maszyną do pisania, a za nim siedział facet, któremu okazaliśmy nasze banknoty dając do zrozumienia, że chcemy miejscowe. Facet wziął kawałek kartki i napisał, że za każde nasze euro daje 123 leki albańskie, co uznaliśmy za rzetelną propozycję. Spore obawy co do uczciwości transakcji pojawiły się, gdy bukmacher wypłacił nam banknoty o nominale tysiąca leków w dwóch różnych wielkościach. Obawy nasze nie były wcale pozbawione podstaw formalnych, co osobiście potwierdziłem mówiąc, że kilka lat temu w Albanii przeprowadzono denominację waluty obcinając jedno zero. Ostatecznie i duże i małe banknoty udało nam się wymienić na dobra konsumpcyjne, w tym: nocleg w Hotelu Kaduku w centrum miasta (400 leków/os.) oraz bułki z czterema podłużnymi kotletami w każdej (70 leków/szt.). Sporo emocji na koniec dnia dostarczył nam jeszcze nasz hotel z uwagi na niespotykaną ergonomię rozwiązań zastosowanych w sanitariatach. Prysznic był zamontowany bezpośrednio nad ubikacją, która składała się ze spłuczki i otworu w podłodze. Otwór ten stanowił również ujście dla wody z prysznica, co stwarzało bardzo dogodne warunki do oszczędzania czasu, gdyż kucając nad dziurą za potrzebą można było jednocześnie brać prysznic.
Karpiu z albańską flagą na maszcie.
Wieczorem wypuściliśmy się jeszcze na miasto by zakupić sobie drobne pamiątki. Po pierwsze zdobyliśmy legendarne okładki na paszport z napisem Republika Albanii w trzech językach, w które natychmiast odzialiśmy nasze dokumenty. Następnie Karpiowi udało się nabyć albańską flagę, którą zawiesił na rowerze zaraz pod naszą, biało-czerwoną. Łukasz zakupił kubek z godłem Albanii w postaci czarnego orła na czerwonym tle, z którego zamierzał kosztować trunki podczas ważniejszych imprez okolicznościowych. Ja natomiast wybrałem albański, narodowy szalik piłkarski, który ubiorę na jesienną edycję Harpagana, by nie przeziębić migdałków. W sumie nabyliśmy sporo praktycznych przedmiotów bez zbędnego marnowania pieniędzy, co nie zawsze idzie w parze w przypadku zakupu pamiątek z wakacji.
Następnego dnia mieliśmy w planie przejazd do stolicy kraju słynnymi albańskimi kolejami. Niestety na dworcu okazało się, że kilka miesięcy temu wprowadzono całkowity zakaz przewozu bagażu. Można się tylko domyślać, co pasażerowie przewozili w pociągach, jeżeli taki zakaz wprowadzono. Nie pomogło nam nawet wstawiennictwo chłopaka, który przekonywał w naszym imieniu obsługę pociągu. Byliśmy bardzo zdeterminowani by odbyć tę podróż z przyczyn naukowo-poznawczych, gdyż pociąg zdawał się odbiegać standardem nawet od PKP.
Albański pociąg z powybijanymi szybami.
Skład zestawiono wprawdzie z podobnych wagonów, ale za to brakowało w nich około 50% szyb, a Łukasz zauważył, że w niektórych drzwiach nie było też klamek. W pewnym momencie chcieliśmy się nawet dopuścić drobnej korupcji, aby dopiąć swego. W odpowiedzi konduktorka zwymyślała nas po albańsku, a miejscowy SOK-ista zagroził, że nie zawaha się użyć broni palnej, jeżeli natychmiast nie opuścimy terenu dworca. Ponieważ przewaga liczebna broniących dostępu do pociągu rosła z każdą chwilą, trzeba było zarządzić odwrót. Odjechał też pociąg unosząc po około dwojgu pasażerów w każdym ze swoich rdzewiejących wagonów.
Ripabiçikletash Oksigen - warsztat rowerowy.
W drodze do centrum miasta udało nam się jeszcze zwiedzić kilka interesujących zakładów usługowych. Pierwszym był kompletnie zardzewiały blaszany barak z napisem: Ripabiçikletash , co po przełożeniu na polski oznacza "warsztat rowerowy". W kolejnym podwórzu odkryliśmy starą beczkę zainstalowaną na dachu garażu. Na beczce było napisane: Lavazh , czyli myjnia, a na murku pod garażem, z kawałkiem gumowego węża w ręku, siedział właściciel myjni w oczekiwaniu na klientów. My tymczasem wróciliśmy na rondo z pomnikiem pięciu partyzantów, skąd odjechaliśmy do Tirany autobusem. Trzygodzinna podróż kosztowała nas równowartość 4$ za osoborower, co było kwotą łupieżczą, gdyż trzykrotnie wyższą od ceny biletu kolejowego.
Uroki albańskiej stolicy nie odbiegały w sposób znaczący od standardów wyznaczonych w Szkodrze.
Rozkład jazdy na stacji w Tiranie.
Pewną nowością były w miarę nowoczesne budynki, rozlokowane w kilku miejscach miasta. Na skwerze, urządzonym pomiędzy takimi właśnie biurowcami, przemknął w pewnym momencie dziadek na osiołku, co było dobrym wyznacznikiem albańskich kontrastów. Innym interesującym obiektem był dworzec kolejowy, a w zasadzie wiszący tam rozkład jazdy pociągów. Tablica informowała obszernie o godzinach odjazdów wszystkich pociągów w Albanii, jak też o cenach poszczególnych przejazdów. Rozkład ów nie byłby niezwykły, gdyby nie fakt, że wymalowano go farbą na płycie pilśniowej. Wszelkie zmiany wprowadzano do rozkładu poprzez zaklejenie nieaktualnego fragmentu kawałkiem papieru i dopisanie prawidłowej treści grubym flamastrem.
Bilai Agallu - legenda albańskiego sportu.
Po południu wyjechaliśmy z Tirany, kierując się przez góry do miasta Elbasan. Na przełęczy przystanęliśmy na chwilę przy pamiątkowej tablicy z wizerunkiem kolarza, odczytując widniejący tam napis: Bilai Agallu - legjenda e sportit Shqiptar, 11 vjet kampion. Sprawa legendaryzmu owej postaci, jak też liczby czempionatów, wzbudziła pewne wątpliwości, ale Lider powiedział, że chyba gdzieś czytał o tym zawodniku, przywracając mu tą wypowiedzią należny szacunek.
Gdy wreszcie dotarliśmy nad skraj doliny, w której leżał Elbasan, przystanęliśmy zdumieni widokiem, który ukazał się naszym oczom. W dolinie ulokowały się w zasadzie dwa organizmy miejskie, przy czym jednym był właściwy Elbasan, a drugim gigantyczny kombinat cementowy. Blaszano-eternitowy kolos rozciągał się na przestrzeni paru kilometrów, ale siwy dym ulatywał z niewielu kominów, co wskazywało na niepełne wykorzystanie mocy produkcyjnych.
Gdy już nasyciliśmy oczy widokiem fabryki, ruszyliśmy w stronę miasta. Zjeżdżałem sobie beztrosko jako ostatni, gdy nagle wstrzymało mnie straszne zamieszanie,
Karpiu wypycha albański autobus.
panujące na jednym z zakrętów. Przyczyną zamieszania był zdezelowany autobus stojący w poprzek drogi, w którym najwyraźniej silnik odmówił posłuszeństwa. Trwającą właśnie akcją porządkową zarządzało dwóch policjantów, wydając na około polecenia zdecydowanymi gestami dłoni. Po pierwsze wskazali na najlepszego mercedesa, oczekującego w kolejce samochodów i kazali podczepić go do liny holowniczej. Kierowca mercedesa przyjął to wyróżnienie z dumą i czym prędzej zabrał się za wyciąganie autobusu. Na pomoc mercedesowi rzuciło się natychmiast kilku innych kierowców, wypychając autobus ręcznie. Niestety siły te również były niewystarczające i dopiero wkroczenie Karpia do akcji poskutkowało zepchnięciem grata na trawę. To była taka międzynarodowa akcja ratownicza.
Łatamy kapcia na przedmieściach Elbasan.
Przed samym wjazdem do miasta tradycyjnie zapodział się Łukasz. Gdy cofnęliśmy się nieco, szukając kompana, ujrzeliśmy Łukasza z wywróconym rowerem, otoczonego przez grupkę miejscowych młodzieńców. Pomyślałem wtedy, że szykuje się jakaś bijatyka, ale szybko okazało się, że mamy do czynienia z klasycznym kapciem, a chłopaki przyszli tylko popatrzeć. Gdy zaparkowaliśmy obok w komplecie, skala sensacji najwyraźniej wzrosła, gdyż liczebność otaczającej nas grupki zwiększyła się jeszcze bardziej. Niestety wymiana dętki przedłużała się i co bardziej niecierpliwi widzowie opuścili miejsce zdarzenia. Trzeba tu dodać, że pewna część miejscowych przyjechała na rowerach, co miało mieć wkrótce niebagatelne konsekwencje. Po zakończeniu naprawy pozbieraliśmy bagaże Łukasza rozrzucone w bezładzie na poboczu i wystartowaliśmy w stronę miasta. Otaczające nas towarzystwo tylko na to czekało. Wszyscy momentalnie poderwali się z miejsca i popędzili za nami. Wjeżdżaliśmy tak do miasta, a wokół nas biegła, lub jechała na rowerach, hałaśliwa chmara ścigantów. Takiego orszaku nie miał chyba nawet Lance Armstrong, gdy wygrywał Tour de France siódmy raz z rzędu.
2 kilogramy czekoladek.
Do Elbasan dotarliśmy tuż przed zmrokiem i było wiadomo, że po raz drugi przyjdzie nam szukać na noc jakiejś ekstrawaganckiej kwatery. Wcześniej jednak postanowiłem kupić trochę miejscowych słodyczy, by obczęstować rodzinę po powrocie. Już podczas pierwszego pobytu w sklepie spożywczym wyszło na jaw, że nabycie produktu "made in Albania" graniczy z cudem. Pełno było wyrobów włoskich, sporo greckich, ale albańskich jak na lekarstwo. Ja się jednak uparłem, w czym zresztą silnie popierał mnie Łukasz poszukujący legendarnej nalewki z robaczywych śliwek. Szczęście uśmiechnęło się do mnie, gdy w jednym ze sklepów natknęliśmy się na klienta znającego angielski. Po krótkich wyjaśnieniach ekspedientka zaprosiła nas za ladę, żebyśmy mogli lepiej przyjrzeć się oferowanym produktom. Przystąpiłem wtedy do badania półki z czekoladkami, znajdując oryginalne wyroby albańskiego przemysłu cukierniczego. Jednak cóż z tego, że czekoladki były miejscowej produkcji, jeśli na papierkach brakowało napisów mogących zaświadczyć o tak egzotycznym pochodzeniu. Zgłosiłem ten problem ekspedientce. Kobieta w mig zorientowała się w czym rzecz. Na krótką chwilę zniknęła na zapleczu, po czym wróciła niosąc imponujący kartonik okraszony tekstem następującej treści: Çokollate e mbushur më krem qumështi dhe arrë kokosi, co w wolnym tłumaczeniu mogło oznaczać: wyrób czekoladowy nadziewany miazgą kokosową. Oczywiście bez wahania nabyłem ów kartonik, napełniając go uprzednio, po same brzegi, dedykowaną mu zawartością. Za jedyną wadę kartonika uznałem jego dwukilogramową pojemność, co było szczególnie odczuwalne podczas stromych podjazdów w kolejnych dniach rajdu. Ale czego się nie robi dla rodziny.
Park Narodowy Prespa w Albanii.
Nazajutrz rankiem wynajęliśmy mikrobusa-taksówkę, którym pojechaliśmy w kierunku granicy z Macedonią. Samo wzięcie taryfy nie należało do zbyt skomplikowanych czynności. Poszliśmy po prostu na postój taksówek na jednym z głównych skrzyżowań w mieście i zapytaliśmy kierowcę, czy zabierze nas do granicy. W dowód, że się dogadaliśmy, kierowca powtórzył kilkakrotnie słowa: Qaf'e Thanë, Qaf'e Thanë, co było właśnie nazwą tego przejścia granicznego, o które pytaliśmy. Po drodze usiłowaliśmy kontynuować pogawędkę zainicjowaną na parkingu. Po latach izolacji Albańczycy wydają się być ciągle przytłumieni i bardzo negatywnie nastawieni do własnego kraju. Podczas rajdu, kilka razy spotkaliśmy się z wypowiedziami mającymi taki oto wydźwięk, że wszędzie jest dobrze, ale za to w Albanii najgorzej. Nastawienie to jest chyba głęboko zakorzenione w świadomości Albańczyków i na nic zdawały się tu nasze protesty, którymi za każdym razem próbowaliśmy podnosić na duchu naszych rozmówców. Kierowca naszego mikrobusu krytykował, na przykład, bez ustanku jakość drogi. I zupełnie nie miało znaczenia, że pokonywaliśmy akurat nowiutki odcinek górskiej serpentyny z gładziutką nawierzchnią i profilowanymi, szerokimi zakrętami. On tymczasem stwierdził: Dobre drogi są w Niemczech, w Ameryce i w... Polsce.
Po okrążeniu Jeziora Ochrydzkiego w Macedonii ponownie wjechaliśmy do Albanii, by przemierzyć bezdroża Parku Narodowego Prespa. Rejon ten był kwintesencją naszego pobytu w Albanii. Piękna przyroda, niezwykłe widoki, malownicze poletka, orka wykonywana drewnianą sochą i uniwersalne osiołki. Pełno było też słynnych bunkrów, ale to nas specjalnie nie zdziwiło, gdyż cały park Prespa to rejon przygraniczny. Gdy przed wjazdem do Grecji ujrzeliśmy łopoczące z daleka flagi Unii Europejskiej, wiedzieliśmy, że kończy się bodajże najciekawsza przygoda w naszym życiu.


Zakończenie

Teraz często wracam myślami do niezwykłych dni spędzonych w Albanii i wiem, że jeszcze kiedyś tam wrócę... Wiem to na pewno. Na pewno wiem też, że Albania jest krajem zdecydowanie wartym odwiedzenia, zupełnie różnym od większości europejskich państw. Albanię trzeba odwiedzić jak najprędzej, gdyż za kilka lat będzie to prawdopodobnie zupełnie inny kraj. W miejsce niezastąpionych osiołków, drewnianej sochy i motyki pojawią się prawdziwe maszyny rolnicze. Ulice w miastach zyskają nową nawierzchnię, a budynki porządne fasady. Kraj zostanie ostatecznie "ucywilizowany" tracąc swoją niepowtarzalną egzotykę i stanie się tylko jednym z wielu podobnych do siebie państw europejskich.

Remigiusz Kitliński

© Przemysław Remigiusz Kitliński 2006-2016