strona główna      o nas      co nowego      statkol      linki      księga gości
Serce Korsyki bije w górach

Chciałbym mieć dom z widokiem na morze i góry... Góry niby łagodne, obrośnięte bujną zielenią, ale w zetknięciu z morzem poszarpane, skaliste, czerwone. Morze przejrzyste, turkusowe, ciepłe i słone, z maleńkimi zatoczkami wciśniętymi między skalne ściany. Plaże wypełniałby ciepły piasek i drobne kamyki mieniące się wszystkimi barwami tęczy. Z gór do morza spływałyby krystalicznie czyste, chłodne strumienie. Wyżłobiwszy w skalnym podłożu łagodne zagłębienia, nęciłyby strudzonych wędrowców do rześkiej kąpieli w upalny dzień. Głęboko w górach wąziutkie wstążki dróg prowadziłyby do zapomnianych, kamiennych miasteczek, gdzie na zacienionych skwerach z fontann tryska smaczna, źródlana woda... Takim domem przez 23 dni była dla nas Korsyka.
Pointe de la Parata i Îles Sangunaires - jeden z najpiękniejszych widoków na Korsyce.


Czasem wpada mi do głowy pomysł na jakąś wyprawę, która potem długo nie może doczekać się realizacji. Wbrew pozorom jest to dobry znak. To, co przychodzi nam łatwo, cenimy mniej i wspominamy krócej. Wyprawę, na którą przyjdzie nam czekać latami, wspominać będziemy do końca życia. Nie wiem, z czego to wynika, ale tak już jest. I nie ma znaczenia, czy ta wyprawa zaprowadzi nas do sąsiedniego województwa, czy na koniec kontynentu. Wszystko zależy od nas, od naszych aktualnych możliwości, wyobrażeń i wielu innych uwarunkowań, które w danym okresie naszego życia wyznaczają nam pewne granice. Przekroczenie tych granic wydaje nam się trudne, może nierozsądne, a może po prostu szalone. Ale jeżeli już tego dokonamy, będziemy czuli wspaniałą satysfakcję ze zdobycia czegoś, co jeszcze przed chwilą wydawało się być dużo dalej, niż długość naszej wyciągniętej ręki.

Czy to takie trudne?
O Korsyce po raz pierwszy pomyślałem jesienią 2006 roku, kilka miesięcy po urodzeniu Natalki. Gdzieś w internecie wygrzebałem szczegółową relację z podróży po wyspie. Opis był niezwykle inspirujący. Na zdjęciach wspaniałe krajobrazy, wąskie, kręte drogi, co krok urocze plaże i krystalicznie czysta, przejrzysta woda. Niewielkie zagęszczenie ludności, ciepły, ale wilgotny, śródziemnomorski klimat, sporo zieleni - wszystko to sprawiało, że Korsyka od razu wydała się idealnym miejscem na wyprawę rowerową. Gdy dodamy do tego niezwykle górzyste ukształtowanie powierzchni, szczyty sporo wyższe niż Tatry, wiele przełęczy przekraczających 1000 metrów n.p.m., zdamy sobie sprawę, że jest to miejsce idealne, ale też bardzo wymagające.
Justyna, Remigiusz i Natalia Kitlińscy
I gdy tak zatapiałem się w moich marzeniach o Korsyce wystarczyło, że mój wzrok powędrował w kierunku małego, drewnianego łóżeczka, w którym cichutko spała słodka, delikatna istota. Zaraz wracały wątpliwości, odzywał się tzw. rodzicielski rozsądek, obawy... W głebi duszy wierzyłem jednak, że poradzimy sobie. Przecież wystarczy poznać swoje możliwości, dopasować wspólnie rytm i zostawić na boku własne egoizmy... Czy to takie trudne?
Jednak w pierwszym roku po urodzeniu Natalki to właśnie rodzicielski rozsądek kazał nam jechać do łatwej i przyjemnej Estonii. W drugim roku skierował nas w Dolinę Loary i do Luksemburga. Dopiero wtedy byliśmy pewni, że poznaliśmy już swoje możliwości, dopasowaliśmy rytm i... przekonaliśmy się, że z dzieckiem w przyczepce nie da się jeździć po górach. Byłem o tym tak święcie przekonany, że nawet chciałem to sobie gdzieś zapisać. Jednak nawet najbardziej rozsądne zapiski nie były w stanie zmusić mnie do porzucenia marzeń, marzeń o wyprawie na Korsykę!
Pomysł jeżdżenia z dziećmi w przyczepkach, czyli z obciążeniem wynoszącym około 65 kg, w wymagającym, górskim terenie wydawał się bardzo ryzykowny. Było ciężko, ale tylko realizacja najbardziej szalonych pomysłów zostawia w głowie najpiękniejsze wspomnienia.

Zbieramy ekipę
Ewa, Michał i Magda Nowaczykowie
Jesień 2008 - Harpagan. Właśnie na jednym z kolejnych punktów spotykam Michała. Dalej ruszamy razem. Zaliczamy wspólnie kolejny punkt i jedziemy razem na następny. Jedziemy "gdziekolwiek razem" po raz pierwszy w życiu, a ja po chwili proponuję mu wspólny wyjazd w wakacje, z żonami i dzieciakami. Szaleństwo? Tak szaleństwo, ale pozytywne. No i nie zapominajmy, że jednak wymieniliśmy już ze sobą parę maili... z uwagami o dziecięcych przyczepkach rowerowych. No i widywaliśmy się... po dwa razy do roku, na Harpaganach. A to już kapitał na poważną znajomość. Ja tymczasem tłumaczę Michałowi, że Natalka jest właśnie w takim wieku, że będzie potrzebowała przyjaciółki na wyprawie: - Wiesz, do zabaw, rozmów... i żeby nie trzeba było szukać tych cholernych placów zabaw. No i najlepiej żeby były w podobnym wieku. A w jakim właściwie wieku jest Twoja córka? Niecałe dwa. Aaa to podobnie. - Michał spogląda na mnie z mądrą miną i kiwa głową: - Tak, yhmm, tak, hmm to dobry pomysł, chyba pojedziemy. - Zdębiałem. Nie dałem po sobie poznać, ale zdębiałem. Spotkało się dwóch idiotów i w dziesięć minut zmówili się na trzytygodniową wyprawę rowerową z małymi dziećmi. Ten wyjazd będzie albo wielką klapą, albo jednym z najlepszych w życiu. Innych możliwości nie było!

Wielkie przygotowania
Wielkie przygotowania mają pewnie tylu zwolenników, co i przeciwników. Są tacy, co jadą w trasę z marszu bez żadnego planu, pakują się w nocy przed wyjazdem, a problemy rozwiązują na miejscu. Ja zabieram się za to 3, 4... 6 miesięcy wcześniej. Można rzec, że już wtedy jestem w trasie. Fizycznie jeszcze na miejscu, ale mentalnie już w trasie. Tym razem było podobnie, ale odczuwałem pewien niepokój. Wszystko szło nam zbyt łatwo. Z internetu ściągnąłem dokładne mapy Korsyki (w skali 1:100.000). Korzystając z Google Earth i kilku relacji ułożyłem trasę - niecałe 1100 km pozwalało na zamknięcie pętli wokół wyspy.
Natalka i Madzia - wiek łącznie 5 lat.
Mailowo ustaliliśmy z Nowaczykami termin wyjazdu - połowa maja miała zapewnić nam temperatury dzienne w granicach 22-24°C. Wszyscy byli pewni urlopów, więc przez internet zakupiliśmy bilety na prom. Zrobiliśmy to dwa miesiące przed wyjazdem, dzięki czemu każda rodzina zapłaciła zaledwie po 64 euro w obydwie strony łącznie z opłatą za samochód. Z czasem cena za sam samochód w jedną stronę wzrastała do 90 euro! Formę fizyczną wyrabialiśmy dojazdami do pracy: Justyna 17 km w jedną stronę, ja 14. Z powrotem pod górkę, więc mieliśmy namiastkę tego, co nas czeka na Korsyce. Przed Natalką natomiast roztaczaliśmy sielską wizję codziennych zabaw w piasku i morzu... foremki, łopatki, wiaderka, a wszystko to w towarzystwie "swojej przyjaciółki Madzi". Więcej argumentów nie było potrzeba, by ją przekonać. Pełna entuzjazmu Natalka opowiadała wszystkim dookoła, że jedzie na Korsykę, żeby się bawić ze swoją przyjaciółką Madzią (choć tak naprawdę jeszcze się z Madzią nie poznała). No właśnie, wszystko wydawało się dopięte na ostatni guzik poza jednym. Większa część ekipy wciąż nie widziała się na oczy. Muszę w tym miejscu przytoczyć jedną z mych żelaznych zasad, którą uskuteczniam wszem i wobec przy każdej okazji. Zasada głosi, że oto na poważną wyprawę rowerową powinna jechać zgrana, sprawdzona ekipa..., że trzeba poznać wcześniej swoje style jazdy, style bycia, oczekiwania, przyzwyczajenia, charaktery, itepe, itede. Nie było wyjścia... dwa tygodnie przed wyjazdem spotkaliśmy się wszyscy na majówce. Natalka i Madzia były tak nastawione na wspólny wyjazd, że rzuciły się sobie na szyję, jak stare znajome. Potem przez trzy dni jeździły w jednej przyczepie. Formalnościom stało się zadość, można było ruszać na Korsykę!

Dojazd
Plan dojazdu budził spory niepokój. Do włoskiego Livorno było całe 1800 km, a ani my, ani Nowaczykowie do fanów jazdy samochodem się nie zaliczamy. Rowery tym razem eksperymentalnie lądują w bagażniku. Wygląda to dość karkołomnie. Biedna Natalka siedzi w swoim foteliku, a obok na złożonych siedzeniach tkwią dwa rozbebeszone rowery.
Za godzinę odpływamy.
Oddzielnie koła, siodełka, poza tym przyczepka, sakwy i inne drobniejsze bagaże. Startujemy w piątek rano, a Nowaczykowie już w czwartek. Spotkanie wyznaczyliśmy sobie w kolejce na prom. Tymczasem gdzieś na niemieckiej autostradzie, między Berlinem i Monachium zjeżdżamy zatankować, patrzymy... Nowaczykowie też tankują. Spotkanie jest dla wszystkich bardzo miłym zaskoczeniem. Niespodziewany widok Natalki przywraca Madzi nadzieję, że rzeczywiście jedzie spędzić wakacje ze swoją przyjaciółką, w co powolutku zaczynała wątpić.
Pierwszy dzień dojazdu kończymy w Austrii, gdzieś na łące koło Innsbrucka, zaś Nowaczykowie śpią w Monachium. Drugi nocleg już w Livorno. My na plaży, a Nowaczykowie w centrum miasta, korzystając z noclegu znalezionego poprzez Hospitality Club. Rankiem odpływamy na wymarzoną Korsykę...
Czterogodzinny rejs promem upływa całkiem znośnie. Lądujemy w Bastii i kierujemy się do polskiego klasztoru Maison Saint Hyacinthe, gdzie dzięki uprzejmości sióstr możemy bezpiecznie pozostawić samochody. Pierwszy kontakt z korsykańskimi drogami jest szokiem. Serpentyna wije się w górę do klasztoru, a pas, którym jedziemy, wydaje się węższy niż nasze auto. Gdy po trzech tygodniach wędrówki wracamy tą samą drogą na rowerach, stwierdzamy ze zdumieniem, że jak na korsykańskie warunki, to ta droga jest prawie ekspresówką. Na parkingu pod klasztorem składamy rowery, przyczepki i mocujemy bagaże. Tym razem wszystko dokładnie zważyłem... jeszcze w domu. Uzyskany wynik kazał wątpić w powodzenie przedsięwzięcia: Natalka: 15,5 kg, przyczepka: 16,5 kg, sakwy boczne: 18 kg, namiot: 3 kg, torba foto: 4 kg, torba podsiodłowa: 1 kg, dodatkowy bagaż w przyczepce (głównie zakupy): 3-5 kg, woda w butelkach: 1-3 kg. W sumie ponad 60 kg!

DZIEŃ 1 - 18 maja 2009 r.

CAP CORSE
Półwysep Cap Corse nazywany jest Korsyką w miniaturze. Łagodna, wschodnia strona, jak dla nas była w sam raz na pierwsze rozgrzewkowe kilometry. Zachodnia, z licznymi podjazdami, dała pojęcie, jak będzie wyglądała nasza trasa przez następne tygodnie. Niektóre fragmenty drogi przez Cap Corse należały do najbardziej wyeksponowanych i co za tym idzie, najpiękniejszych odcinków, jakie pokonaliśmy na Korsyce.

Wschodnie, łagodne wybrzeże Cap Corse.
W drogę ruszamy około 15-tej. Mimo że Cap Corse ma jedynie 14 km w najszerszym miejscu, to jego najwyższy szczyt sięga aż 1300 m wysokości. My jednak zaczynamy od wschodu, a tam droga jest niemalże płaska. Podjazdy sięgają 30-50 metrów. Idealnie, jak na pierwsze, rozgrzewkowe kilometry. Jak to zwykle bywa na początku każdej wyprawy, chwilę zajmuje mi ustabilizowanie toru jazdy i szybko wpadam w stan euforii. Chłonę widoki, kilometry... nogi same się kręcą a aparat składa do zdjęć. Czuję się wspaniale - wreszcie jadę rowerem na wymarzonej i tak wyczekiwanej Korsyce!
Po drodze zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu z kamiennym stołem. Natalka wdrapuje się na górę, za nią wchodzi tam Madzia i rozpoczynają się profesjonalne tańce na stole. Po chwili ewidentnie słychać fragmenty ulubionej piosenki Natalki - "Nie mam nogi" Kazika Staszewskiego. Kluczowe słowa brzmią: - Widoki na przyszłość są raczej nieciekawe. Zachciało się nam iść na wyprawę. - Na pocieszenie warto przytoczyć słowa refrenu: - Hej, hej, hej, inni mają jeszcze gorzej! - Justyna mawia, że to przeze mnie córka uczy się głupot. A Natalka po prostu lubi czasem posłuchać Kazika.
Przed wieczorem docieramy nad Baie de Tamarone - samotną zatokę na północno-wschodnim krańcu półwyspu. Tu zaplanowałem nasz pierwszy nocleg. Plaża jest zupełnie pusta, jedynie na placu obok stoi pojedynczy kamper. Pewien niepokój wprowadzają tabliczki z napisem, że to ścisły rezerwat przyrody. Nocowanie na dziko jest na Korsyce zabronione, więc czaimy się dłuższą chwilę rozpoznając teren. Wtem na plac podjeżdża ciemnozielony jeep - coś jakby straż leśna. Kierowca otwiera szybę i wskazując na nas mówi: - No camping! No camping! - Gdy z lekka rozeźleni cofamy się do pobliskiego kempingu, rozpoznajemy zielonego jeep'a, a wkrótce też i faceta. Wszystko jasne, to właściciel kempingu. Cóż, mówimy: - Śmierć frajerom! - i dwa razy po 17 euro ląduje w jego szufladzie.

Kilka dygresji Michała N.

Pierwszy dzień, krajobrazy oszałamiają, dwie rowerowe rodzinki się docierają :)
Z lekką obawą stwierdzam, że ostrzeżenia Remiego, odnośnie częstych postojów na zdjęcia, nie były przesadzone. Niepokoi też determinacja, z jaką Remi poszukuje noclegu na dziko... zwłaszcza, że to rezerwat. Dopiero w trakcie wyprawy odkrywam, jak ważna jest dobra miejscówka.



Statystyka DNIA 1: dystans 38 km; czas jazdy 2:22; śr.V 16,1 km/h; suma przewyższeń 365 m.


DZIEŃ 2 - 19 maja 2009 r.


Nazajutrz, od samego rana, czeka nas pierwszy poważny sprawdzian. Dziesięciokilometrowy podjazd na Col de la Serra ma nas przybliżyć do odpowiedzi: Czy z dzieckiem w przyczepce można jeździć po górach i czy może to być przyjemne? Kemping opuszczamy niespiesznie przed dziesiątą. Żeby nie było tak łatwo, w lokalnym supersamie zakupujemy baniak wody i rozpoczynamy wspinaczkę. Jakby podjazdu i baniaka było nam mało, to jeszcze diametralnie zmienia się jakość nawierzchni. Gładziutki asfalt ze wschodniego wybrzeża będzie od teraz pozostawał w sferze naszych pobożnych życzeń.
Vive la caravane.
Szczęście, że chociaż podjazd okazuje się w miarę łagodny. Nachylenie sięga 5%, sporo jest odcinków niemalże płaskich. W połowie drogi dochodzi nas wielki, bardzo rozciągnięty peleton. Wiek kolarzy mamy szansę osiągnąć za jakieś 20, a może i 30 lat. Oby zdrowie też tak dopisywało! Wyprzedzają nas i wyprzedzają, a proces ten zdaje się nie mieć końca. Każdy się oczywiście odwraca i pozdrawia. Ostatni raz takie coś przeżyłem na Stelvio, ale tam akurat wszyscy pozdrawiali Justynę. Tutaj coniektórzy doceniają, jak się męczę, kiwając z politowaniem głowami. W końcu miarka się przebiera i postanawiam pokazać Francuzom prawdziwe oblicze polskiego kolarstwa. Korzystając z dłuższego wypłaszczenia rozpędzam zaprzęg i teraz to ja zaczynam powoli wyprzedzać maruderów. Ścigamy się tak aż do samej przełęczy. Na odcinkach o nachyleniu ponad 3% nie daję im rady. Ale gdy tylko stok łagodnieje, moi rywale, najwyraźniej nieświadomi toczącego się wyścigu, zatrzymują się po krzakach, pstrykają fotki lub zwalniają oglądając się na kompanów. A ja odrabiam straty z nawiązką. Ostateczny bilans jest dodatni i na czubek wjeżdżam w czołowej grupie. Znudzona Natalka uwalnia się z przyczepy, co Francuzi przyjmują z głośnym aplauzem. Jeden zapytuje o wagę zaprzęgu, a odpowiedź szybko rozchodzi się w grupie. Niektórzy poklepują mnie w dowód uznania, padają przy tym wyrazy na "ą" i "ę".
Potem dłuższy czas spędzamy w cieniu na trawie, a ja w tym czasie idę coś upstryknąć. Zjazd to prawdziwa męczarnia. Asfalt jest tak zniszczony, że w zasadzie jedziemy z prędkością zbliżoną do podjazdowej. Na fali dumy, którą napompowali mnie francuscy kolarze, zaczynam tłumaczyć Justynie, jakiego to niezwykłego wydarzenia jesteśmy współtwórcami. Że z tak małym dzieckiem, że z tak ciężką przyczepką, że po tak wysokich górach, że w namiotach, że na tyle dni... Wyliczam i wyliczam nasze absolutnie niepowtarzalne zasługi i gdy jestem już bliski wystąpienia z wnioskiem o medale, ordery i listy gratulacyjne, mija nas z naprzeciwka inna para z dzieckiem w przyczepce. Hmm, cały wywód diabli wzięli. Medali nie będzie...
Kiepski asfalt kończy się definitywnie w miasteczku Pino, ale chwilę wcześniej zaliczamy pierwszą kąpiel w morzu. Na plażę w przepięknej Golfe d'Alisu prowadzi nierówna, kamienista droga. Ale nie takie odcinki się robiło na Harpaganie. Michałowi udaje się przejechać całość bez podpórki i to w obydwu kierunkach, choć momentami przyczepka osiąga całkiem poważne przechyły. Dzięki tej nieprzejezdnej dla samochodów drodze plaża jest zupełnie pusta.
Drogi na Cap Corse należały do najpiękniejszych na Korsyce.
Szybko wbiegam do morza. Tego roku zima na Korsyce była surowsza niż zwykle, ale moje obawy o temperaturę wody szybko się rozwiewają. Mimo połowy maja warunki jak u nas w środku lata. Przejrzystość i kolor wody to jakaś niezwykła, niemożliwa do opisania bajka. Jest cudnie!
Dalsza droga chyba w całej rozciągłości wyczerpuje definicję wymarzonej trasy rowerowej. Gładki asfalt wije się krawędzią bardzo stromego, skalngo zbocza. Wznosi się do około 150 metrów nad poziom morza, by za chwilę szybkim i krętym zjazdem dojechać do malowniczej przystani rybackiej lub maleńkiej kamienistej plaży. Potem kolejny podjazd, wspaniały widok na turkusowe morze i kolejny zjazd. Mimo oczywistych trudów, jakie niesie ze sobą taka jazda, nikt z nas nie narzeka. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem piękna Korsyki. Można przeczytać dziesiątki relacji, obejrzeć tysiące zdjęć, ale rzeczywistość i tak przerasta nasze najśmielsze oczekiwania. Szalony pęd powietrza na zjazdach, lawirowanie w serpentynach, zapach morza na dole i krople potu spływające do oczu na podjazdach - smaku tych doznań nie odda żadna relacja i nawet najpiękniejsze zdjęcia.
Drugi nocleg również wypada zgodnie z rozpiską przy plaży obok przystani Marina d'Albo. Plaża jest kamienista i zupełnie pusta nie licząc dwóch, czy trzech wędkarzy. Na miejscówkę udaje się nam przemknąć prawie niezauważenie. Powoli zbliża się zmrok, więc czym prędzej rozbijamy namioty i jemy kolację. Kąpiel w rzece odbywa się już pod osłoną ciemności i wszyscy udają się na zasłużony spoczynek. Pierwszy, korsykański nocleg na dziko zaliczamy do bardzo udanych.

Kilka dygresji Michała N.

Jeśli chodzi o kąpiel to do rzeczki wszedł tylko Remi, resztę towarzystwa odstraszył syf w niej pływający. Tu dowiaduję się, że nie w takim syfie zdarzało się Remiemu kąpać podczas wypraw :)


Statystyka DNIA 2: dystans 50 km; czas jazdy 3:44; śr.V 13,4 km/h; suma przewyższeń 675 m.


DZIEŃ 3 - 20 maja 2009 r.


Rano po przebudzeniu podpytuję Natalkę o jej pierwsze wrażenia z wycieczki. Natalka tymczasem zaczyna filozofować, przyjmując przy tym odpowiednio mądrą minę i poważną intonację głosu:
Dzikie, czarne plaże koło Nonzy
Tata: Natalko, czy lubisz spać w namiocie?
Natalka: Czasem tak, a czasem nie. Wiesz, tak się zdarza!
Tata: A kiedy lubisz, a kiedy nie?
Natalka: W nocy lubię, a w dzień nie. Wiesz, tak się zdarza!

Tak, zdarza się, a rozmowa z trzyletnim filozofem to bez wątpienia bezcenne doświadczenie dla każdego rodzica!
Dziś naszym celem jest Desert des Agriates, czyli korsykańska pustynia. Ale żeby myśleć o pustyni, najpierw musimy zrobić zakupy. Siesta rozpoczyna się zazwyczaj o 12:30 i trwa do 15:00. Do miasta Saint Florent jest prawie 30 km, więc tym razem leniuchowania po drodze nie będzie. Zaraz po starcie mijamy dzikie plaże koło Nonzy, zwane powszechnie czarnymi. Idealnie czarne to one nie są, ale prezentują się bardzo malowniczo. Są do tego zupełnie puste, nie widać nawet pojedynczych spacerowiczów. Po minięciu Nonzy, przed końcem półwyspu Cap Corse, droga schodzi w dół, wypłaszcza się i oddala w głąb lądu. Po kolejnych kilometrach docieramy wreszcie do tętniącego życiem Saint Florent. Zdążyliśmy, sklepy jeszcze otwarte. Robimy spore zakupy w supersamie sieci SPAR, która jest na Korsyce najpopularniejsza. Niestety ceny na Korsyce są horrendalnie wysokie. Hipermarketów prawie nie ma (nam na całej wyspie udało się odnaleźć trzy), a w supersamach ceny żywności są 30-50% wyższe niż we Francji kontynentalnej.

DESERT des AGRIATES
Pustkowia Desert des Agriates, z punktu widzenia przebiegającej przezeń szosy D81, wyglądają nieciekawie. Prawdziwe piękno tego regionu kryje się już kilka kilometrów dalej. Z wioski Casta odchodzi szutrówka prowadząca na dzikie wybrzeże z przepięknymi plażami Saleccia i Lotu. Droga ta dostępna jest tylko dla samochodów z napędem na 4 koła i oczywiście dla rowerzystów. Warto zjechać z utartego szlaku wokół wyspy, by odwiedzić najpiękniejsze plaże Korsyki. Dla tych, którym nie wystarczy czasu, pozostaje na osłodę Plage de Ostriconi dostępna niemalże z głównej szosy.

Nierówna droga przez Desert des Agriates.
W Saint Florent mamy rozwiać ostatnie wątpliwości dotyczące dojazdu na Desert des Agriates. Po pierwsze należy ustalić ceny i godziny kursowania oraz miejsce stacjonowania statku pływającego na Plage du Lotu. W internecie wyczytałem jedynie, że ów statek pływa, co jest powszechną przypadłością większości statków, więc informację tą należało traktować jako niepełną. Po drugie zamierzam zasięgnąć języka na temat warunków przejazdu z Plage du Lotu na sąsiednią Plage de Saleccia, skąd szutrową drogą można dotrzeć do szosy. Statek na plażę odnajduję nadspodziewanie łatwo - stoi w porcie (w sumie to można się było tego spodziewać). Ceny biletów są już mniej spodziewane, bo we dwie strony liczą sobie po 14 € za pełnoletnich i 8 € za nieletnich. Rowerzystów zwyczajowo nie biorą, co specjalnie nie przeszkadza w doraźnej wycenie przewozu naszych bryk na 2 € od sztuki. Ponieważ dotychczasowe ustalenia biznesowe przebiegają płynnie, zapytuję też naiwnie o stan drogi pomiędzy plażami. Facet najwyraźniej odkrywa, że potencjalny klient się wymyka, więc zaczyna prawić opowieści o wykrotach, błocie i zakopanych motocyklach klasy enduro. Sprawa wymaga dłuższej narady w cieniu z mocnym akcentem kulinarnym. Biesiadujemy jednak tak długo, że ostatni statek odpływa, a nam nie pozostaje nic innego, jak wsiąść na rowery.
Wyjazd z Saint Florent daje się nam mocno we znaki. Narastający od rana upał osiąga właśnie apogeum swej działalności. Niestety nasze ręce, nogi i twarze zupełnie nie są przyzwyczajone do atrakcji rodem z tropików. W akcie desperacji zakładam bluzę z długim rękawem. Lepsze to, niż te paskudne kremy przeciwsłoneczne. Jak to zwykle bywa, problemy lubią chadzać parami. Kolegą upału są tym razem smolne źródełka wybijające tu i ówdzie na naszej drodze. Nie ma większego ukojenia dla duszy kolarza, jak odgłos opony klejącej się do asfaltu. Uff, chyba wymiękamy. Decydujemy się na siestę, mimo że korona jedynego napotkanego drzewa ma rozpiętość porównywalną do średniej wielkości latawca. Wkrótce okazuje się, że jesteśmy na skraju starego poligonu Legii Cudzoziemskiej. Na pobliskim wzgórzu stoi rząd dziesięciu siermiężnych, betonowych latryn. Postanawiam choć przez chwilę poczuć się jak prawdziwy Legionista. Zajmuję centralnie usytuowaną kabinę. Tak się składa, że w żadnej latrynie nie ma drzwi. Mam ze swego stanowiska swobodny widok na okolicę. Widzę ekipę podsypiającą pod drzewkiem, samochody przejeżdżające szosą i drapieżnika kołującego nad latrynami. Jak pięknie być Legionistą!
Zbieramy się po dwóch godzinach intensywnego leniuchowania. Kilka kilometrów dalej, w wiosce Casta, na wysokości 290 m n.p.m. od asfaltu odbija szutrowa droga prowadzącą przez Desert des Agriates.
Trudny podjazd po skalistym podłożu.
Ten, kto liczył na fotkę w stylu Kazimierza N. w kopnym piasku, sporo się zawiódł. Okoliczne krajobrazy bynajmniej pustyni nie przypominają. To raczej całkiem zielone pustkowia ze sporym dodatkiem skalnych ostańców.
Do Plage de Saleccia mamy jedynie 12 km. Zapowiada się więc szybki zjazd w miłych okolicznościach przyrody. Jednak już po chwili ze stanu błogiego uśpienia wyrywają mnie słowa Natalki: - Tatuś, nie kombinuj z rowerem, bo się zaraz zakopiemy i nie wyjedziemy! - Hmm faktycznie, jest gorzej niż się ktokolwiek spodziewał. Droga miejscami wygląda jak koryto wyschniętej rzeki. Pełno na niej kamieni, dziur i skał wystających z ziemi. Do tego jej przebieg jest bardzo nieregularny. Strome zjazdy przeplatają się z krótkimi podjazdami. By utrzymać pion musimy się nieźle nagimnastykować. Od czasu do czasu sprowadzamy rowery, które mimo zablokowanych kół same się zsuwają na sypkim podłożu. Tymczasem z naprzeciwka mija nas coraz więcej terenówek z powracającymi plażowiczami. To znak, że niechybnie zbliża się zmrok. Mimo swej pozornej niedostępności, plaże na Desert des Agriates są dość popularne wśród turystów. Poszczególne kilometry upływają nam tak wolno, że jesteśmy dopiero w połowie drogi, gdy słońce kryje się za skałami. Na szczęście, pod koniec trasa wypłaszcza się i nieco wyrównuje. Do celu docieramy zmęczeni fizycznie i psychicznie. Z dystansem 12 km zmagaliśmy się przez ponad 3 godziny! Zamiast wspaniałego noclegu na dzikiej plaży wybieramy kemping. Jestem bardzo zawiedziony takim obrotem sprawy, ale ciepły prysznic zdecydowanie łagodzi moje żale.

Kilka dygresji Michała N.

Dojazd na plażę Seleccia chyba wszystkim uczestnikom na długo zapadł w pamięci. Lubię taką techniczną jazdę i nawet z przyczepką można było czuć frajdę i satysfakcję z pokonywanych kilometrów. Zapomniałem dodać: z pustą przyczepką! Psychicznie natomiast ta droga mnie zmasakrowała. Płacząca z powodu wertepów córka, brak perspektyw na szybkie zakończenie tej przeprawy, dotarcie do kempingu o zmroku... szukanie dzikiego noclegu w tych warunkach przekraczało moje granice tolerancji.


Statystyka DNIA 3: dystans 49 km; czas jazdy 4:52; śr.V 10,1 km/h; suma przewyższeń 710 m.


DZIEŃ 4 - 21 maja 2009 r.


Plage de Saleccia.
Rano rozglądamy się nieco po okolicy. Przy kempingu napotykamy potężne kępy opuncji. No, wreszcie można się poczuć, jak na prawdziwej pustyni. Następnie przenosimy się w rejon Plage de Saleccia. Droga przypomina szlak krowich placków. Ale nic dziwnego - plażę okupuje pokaźne stadko krów liczące ponad 30 osobników. Wcześniej sporo czytałem o półdzikich zwierzętach gospodarskich wałęsających się po korsykańskich drogach i plażach. Okazuje się, że to prawda.
Teraz czas zająć się sprawami kluczowymi dla przebiegu dnia dzisiejszego. Jeżeli nie odnajdziemy drogi do plaży Lotu, przy której cumuje statek do Saint Florent, będziemy musieli powtórzyć wczorajszą przeprawę. Z jedną drobną różnicą - tym razem pod górę. Wolałem się nie zastanawiać, ile czasu nam to zajmie. Formujemy zatem z Michałem grupę eksploracyjno-poszukiwawczą, zrzucamy bagaże, a kobiety i dzieci pozostawiamy w cieniu nad rzeką. Ku naszemu zdumieniu nie natrafiamy na wykroty, błoto i zakopane motocykle klasy enduro. Droga jest łatwa, prosta i przyjemna, a na miejscu jesteśmy po 15 minutach. Przy plaży stoi pełno terenówek, na wodzie cumują jachty i ogólnie panuje tam wakacyjna atmosfera. Ale bliższy kontakt z wodą szybko tłumaczy popularność tego miejsca. To prawdziwa rajska plaża. Woda jest niezwykle przejrzysta i mieni się różnymi odcieniami turkusu. Jest płytko, a dno i brzegi wyścieła drobny, jasny piasek. Z przyjemnością zostajemy tu na dłuższy czas.
Po okresie błogiego lenistwa zaczynamy baczniej obserwować stateczek z Saint Florent, który przybija co godzinę do długiego pomostu. Zamierzamy wrócić jednym z ostatnich kursów. Na pomoście grzecznie przepuszczamy wszystkie panie, a nawet i panów. Gdy przychodzi nasza kolej na załadunek, robi się małe zamieszanie. Szefostwo łajby niby poucza nas palcem wskazującym uniesionym ku górze, ale drugą ręką skrzętnie chowa w kieszeni po 22 € od każdej rodziny. Grupa pasażerów poproszona o zwolnienie miejsca na nasze rowery i przyczepy poczuwa się strasznie urażona. Nadąsany wyraz twarzy utrzymują aż do przystani. Pytanie, gdzie się podziała ta francuska kultura? Może ktoś ją zatrzasnął w Luwrze...
Wybawieni z wyboistych objęć Desert des Agriates ruszamy w kierunku... Desert des Agriates. Nie ma innej drogi w naszym kierunku. Ale jak ja nie cierpię powtarzać tej samej trasy. Przeżywam prawdziwe déja vu: znowu mijamy smolne źródełka na drodze, znowu opony kleją się do asfaltu i znowu leżymy pod drzewkiem dającym cień wielkości latawca. Mijamy wojskowe latryny na skraju poligonu i dojeżdżamy na znajome rozwidlenie dróg w wiosce Casta. Z sentymentem spoglądam na pole wczorajszej bitwy i szybko przyjmuję minę zwycięskiego Legionisty. Wszak wróg został pokonany, można jechać dalej!
Dalej szosa łagodnie wznosi się na wysokość 360 m n.p.m., a od przełęczy Bocca di Vezzu rozpoczyna się wspaniały zjazd do głównej drogi na Calvi. To pierwszy tak długi zjazd na naszej wyprawie. Kilka niesamowitych kilometrów po zakrętach z prędkością 35-40 km/h. Tradycyjnie mój rower rozpędza się najszybciej, ale zakręty są idealnie profilowane, więc nie ma strachu tylko czysta przyjemność. W pewnym momencie wyprzedza nas motocyklista, a chwilę potem z błogiego odlotu po raz kolejny wyrywają mnie nawoływania Natalki: - Tato..., tato..., taaatooo!!! - Początkowo bagatelizuję problem, bo nie w smak mi hamowanie.
Najlepszy nocleg wyprawy na Plage de Ostriconi.
Alarm się jednak nasila, więc daję za wygraną. Hamuję, otwieram budkę i pytam standardowo: - Chcesz siku? - Ale Natalka z miną odkrywcy stwierdza: - Tato! Samochód jedzie, rower jedzie i motor jedzie, a statek przecież płynie!!! - Tak, moja córko... Bycie rodzicem jest piękne... Tyle się można dowiedzieć.
Przed wieczorem dojeżdżamy do Plage de Ostriconi. To ma być nasz strategiczny nocleg, bo podwójny. Następnego dnia dziewczyny odpoczywają, a ja z Michałem jedziemy na pętlę po górach. Ale jest problem. W pobliże plaży dociera odnoga dawnej szosy do Calvi, przebiegająca ze 30 metrów ponad plażą. Na dół prowadzi jedynie wąziutka i stroma ścieżyna. Przed wyjazdem eksplorowałem ten obszar w Google Earth i na zdjęciach było widać drogę przez łąki, którą musimy teraz odnaleźć. Cofamy się kilometr dalej, aż do wielkiego kempingu i w barze pytamy o dojazd na plażę. Tłumaczenia obsługi są niezwykle mętne. Chyba nie chcą nam pomóc. Rozglądamy się na własną rękę i... eeh, szkoda gadać. Jedna droga na plażę prowadzi przez środek kempingu, druga wzdłuż płotu. Obie zaczynają się tuż obok baru. Na plaży zajmujemy miejscówkę pod krzakiem w zakolu rzeczki Ostriconi. Mamy źródło słodkiej wody do kąpieli, wielofunkcyjny krzaczek dający pozory cienia za dnia oraz mnóstwo miejsca do zabawy dla dziewczynek. A wokół piaszczyste wydmy, zielone łąki, czerwone skały i wspaniałe morze. Podwójny nocleg na Plage de Ostriconi zajął pierwsze miejsce w naszym rankingu noclegów!

Kilka dygresji Michała N.

Jak widać był to dzień zwiedzania plaż. Saleccia, mająca być jedną z najpiękniejszych na Korsyce, trochę rozczarowuje. Rzeczka wpadająca do morza przesącza się gdzieś przez piasek, przez co tworzy zakole stojącej wody, w którym procesy gnilne dają czadu. Krowy, jakkolwiek urokliwie wyglądają na zdjęciach, to wypróżniać czasem się muszą. Obrazu całości dopełnia nieznośny upał. Plaża Lotu oczarowuje nas wszystkich, jednak jej odbiór zakłócają tłumy turystów. Natomiast Ostriconi i jej otoczenie to cisza, spokój i przepiękne krajobrazy.


Statystyka DNIA 4: dystans 46 km; czas jazdy 3:46; śr.V 12,2 km/h; suma przewyższeń 570 m.


DZIEŃ 5 - 22 maja 2009 r.


Dziś z Michałem wybieramy się na przełęcz Bocca di a Battaglia o wysokości 1099 m n.p.m. w regionie Balagne. Ale mamy jeszcze inną, nie mniej ważną misję. Trzeba zrobić zakupy. Pierwsze zadanie zaliczamy do wyzwań trudnych, lecz przyjemnych, drugie do łatwych, acz mniej przyjemnych. Jak się później okazuje, oba są nad wyraz ciężkie w realizacji.

REGION BALAGNE
Balagne zajmuje niewielki obszar w północno-zachodniej części Korsyki. Region leży nieco na uboczu, przez co często jest pomijany przez turystów pędzących główną drogą wokół wyspy. Tymczasem nadkładając kilkadziesiąt kilometrów można przejechać przez piękne, zadbane miasteczka, malowniczo przylepione do zielonych wzgórz, lub zmierzyć się ze stromym podjazdem na Bocca di a Battaglia 1099 m n.p.m. W Balange trafił się nam najbardziej widokowy nocleg wyprawy. Poniżej przełęczy Bocca di Salvi rozbiliśmy namioty na malutkiej łące, leżącej u stóp rozległej doliny, otoczeni z trzech stron wysokimi pasmami górskimi, z widokiem na morze, miasto Calvi i niesamowitą przestrzeń wokół...

Speloncato widziane z drogi na przełęcz Battaglia.
Wyjeżdżamy na głodniaka zostawiając dziewczynom ostatnie zapasy żywności. Po drodze, jeszcze przed przełęczą, będziemy mijać dwa spore miasteczka, więc urządzimy sobie ucztę godną wyzwania, którego się podejmujemy. Po 15 km jazdy, w Belgodere leżącym na wysokości 300 m n.p.m., odczuwamy już uporczywe ssanie. Rozglądamy się za marketem, ale znajdujemy jedynie niewielki sklepik w jednej z kamienic. Wkraczamy śmiało do środka, lecz nasz zapał szybko słabnie. Wybór jest niewielki, a ceny wysokie. Mówi się trudno. Po chwili podchodzę z załadowanym koszykiem do kasy i wskazuję z uśmiechem podsycanym głodem na kosz pełen chrupiących bagietek. Ale pani zza lady przecząco kiwa palcem. Co u licha ma to znaczyć? Tymczasem sprzedawczyni wyciąga jakiś stary zeszyt, zlicza kropki, kreski, czy co tam ma, zerka na bagietki i wypowiada magiczne: - Trois. - Że co? Dostaniemy tylko trzy sztuki? Czuję się, jakbym odwiedził ostatni bastion realnego komunizmu. Ale nic to. Jedźmy dalej zrobić porządne zakupy!... Tyle, że w następnej wiosce nie ma nic, a w Speloncato, drugim i ostatnim miasteczku przed przełęczą, udaje się nam dokupić tylko pół chleba. Ceremonia z zeszytem powtarza się za każdym razem.
Wyjeżdżając ze Speloncato, wybieramy nieodpowiednią drogę wiodącą w dół, przez co zaliczamy bonusowy odcinek podjazdu o nachyleniu 17%. Dobrze, że bonus kończy się równie niespodziewanie jak się zaczął. Rozpoczynamy decydujący odcinek wspinaczki. Na sześciu kilometrach droga wznosi się prawie o 600 metrów w górę, czyli ze średnim nachyleniem 10%. Upał tego dnia jest okrutny. Wedle oficjalnych pomiarów mamy 36°C w cieniu. Jest to więc najcieplejszy dzień naszej wyprawy, a ja zdecydowanie nie jestem na to przygotowany. Mimo że mam lekki rower, wlokę się jak muł. Robię jakieś zdjęcia, zatrzymuję się przy wodopoju, ale to wszystko nie daje mi wytchnienia. Michał, gdzieś tam z przodu, czeka na mnie od czasu do czasu, ale gdyby tylko chciał, pewnie już dawno byłby na przełęczy. Ten podjazd, mimo że zrobiony na lekko, okazał się dla mnie prawdziwą męczarnią.
Po drugiej stronie przełęczy otwiera się naszym oczom zupełnie inny krajobraz. Jest jeszcze bardziej zielono, widać najwyższe pasma górskie Korsyki, na wielu szczytach leży śnieg. Zjeżdżamy kawałek dość ostro w dół, by potem przez wiele kilometrów bujać się niemalże po płaskim na wysokości 700-900 m n.p.m.
Budynki przy głównym placu w Palasca.
Przejeżdżamy przez trzy kolejne przełęcze, a za każdą przełęczą czeka nowa dolina. Wszystkie mają w sobie jakiś indywidualny, niepowtarzalny urok. Bardzo podoba nam się cały dzisiejszy etap. Ominąć taką trasę byłoby wielkim błędem, a sprawa tej pętelki po górach wisiała na włosku do ostatniej chwili, kiedy to wymyśliliśmy patent z dniem przerwy dla dziewczyn i naszym przejazdem na lekko.
Zdecydowanie najciekawszy widok rozpościera się z przełęczy Bocca di u Prunu 734 m n.p.m. Znowu widać morze, ale najbardziej malowniczymi elementami są piękne wstążki dróg oraz maleńka Palasca z czerwonymi dachami i białym kościołem pośrodku. Po paru kilometrach szybkiego zjazdu jesteśmy w miasteczku, choć słowo miasteczko brzmi w tej sytuacji nad wyraz dumnie. Palasca to ledwie kilka uliczek na krzyż, kilkanaście, może kilkadziesiąt kamiennych domków i wspomniany biały kościółek. Całość jest niezwykle zadbana, malownicza, ale zupełnie wyludniona. Najwyraźniej mieszkańcy schowali się przed upałem.
Z kulinarną odsieczą docieramy na plażę po godzinie 16. Na terenie obozowiska panuje pełen relaks: opalanie, gry, zabawy, foremki, łopatki i wiaderka. Na plaży podobnie z tym, że liczba plażowiczów wobec ogromu plaży jest znikoma. Na tym tle istotnym elementem krajobrazu jest stadko krów, które opanowało tereny wokół naszego obozowiska.

Kilka dygresji Michała N.

Żeby Michał nie wyszedł na herosa to doda że miał górskie przełożenia i wcale nie było mu lekko.
Górskie misteczka były niezwykle urokliwe, a wyludniona w porze sjesty Palasca z malowniczymi, zacienionymi zaułkami, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Tu po raz pierwszy poczułem prawdziwy klimat Korsyki, choć tak naprawdę to uczucie rozwinęło się dnia następnego w Corbarze i umacniało w Sartene, czy Zuani. Serce Korsyki bije w górach!



Statystyka DNIA 5: dystans 78 km; czas jazdy 4:42; śr.V 16,6 km/h; suma przewyższeń 1380 m.


koniec części pierwszej



część druga część trzecia część czwarta
© Przemysław Remigiusz Kitliński 2006-2016