strona główna      o nas      co nowego      statkol      linki      księga gości
Serce Korsyki bije w górach

(część trzecia)


część pierwsza część druga część czwarta

DZIEŃ 12 - 29 maja 2009 r.


Od rana Natalka z Madzią biegają wokół namiotów, ubrane w kapelusze i przyciemniane okulary, z wielką, piniową szyszką pod pachą. Dominik, widząc dziewczyny, pyta, czy to może nowa odsłona zespołu ZZ Top? Przełomowym momentem naszego pobytu u Dominika okazuje się śniadanie. Obok kawy, herbaty i chleba, otrzymujemy słoik tradycyjnych, korsykańskich konfitur figowych made in teściowa Dominika. Nikt z nas nie przypuszczał, że poczciwe figi można przerobić na taki przysmak.
Najnowsza odsłona zespołu ZZ Top.
Konfitury figowe stają się od tego momentu naszym ulubionym dodatkiem do chleba.
Z posiadłości Dominika mamy już tylko kilka kilometrów do Ajaccio. Ajaccio to największe miasto Korsyki, ale liczy sobie niewiele ponad 50 tysięcy mieszkańców. Do miasta wjeżdżamy boczną, dość krętą drogą. Na jednym z zakrętów, w rowie leży skrzynka dorodnych pomidorów, która spadła z jakiegoś samochodu dostawczego. Grzech przepuścić taką okazję. Zdobyczne zapasy wystarczą nam przynajmniej na dwa najbliższe dni. Kawałeczek dalej natrafiamy na wielki hipermarket E.Leclerc. To pierwszy tego typu sklep na naszej trasie i zaledwie jeden z trzech, które udało nam się na Korsyce odnaleźć. Ruszamy na zakupy. Ceny wreszcie przypominają te znane nam z poprzedniej wyprawy do Francji. Jest taniej o jakieś 30% względem cen z supermarketów SPAR i Casino. Robimy wielkie, jak na nasze możliwości, zakupy. Do koszyka trafiają między innymi całe zgrzewki jogurtów i actimeli, które uwielbia Natalka, kilka kilogramów bananów, konfitury figowe, sery, pudło fromage, lody litrowe, kilka kartonów soków i zapas bagietek. Większość tych dóbr ląduje następnie w przyczepce Natalki, na podłodze oraz pod i na siedzeniach. Gdy odjeżdżamy w dalszą drogę, Natalki prawie nie widać zza tej góry zakupów. Wystają jedynie nogi spoczywające wysoko na wielkiej stercie towaru. Olbrzymia pakowność naszej przyczepy to chyba jedyna przewaga nad pojazdem używanym przez Madzię.
W centrum miasta robimy sobie piknik na jednym ze skwerów pochłaniając zakupione lody. Niestety cechą szczególną skwerów w Ajaccio są pokaźne ilości psich kupek zalegających na trawnikach. Nie wygląda to zbyt dobrze. Krowie placki na prowincji prezentowały się znacznie naturalniej.
Z Ajaccio wyjeżdżamy na zachód do przylądka Pointe de la Parata słynącego z pięknego widoku na wyspy Îles Sanguinaires. Mamy tam całe 12 km w jedną stronę, plus powrót tą samą drogą. Jednak gdy dojeżdżamy do celu, nie mamy watpliwości, że warto było nadkładać dystansu.
Widok na Pointe de la Parata i Îles Sanguinaires.
Widok jest wyjątkowo malowniczy. Na końcu wysuniętego w morze cypla stoi kamienna wieża genueńska, w tle widać kilka rozrzuconych na wodzie wysepek. To jest jedno z tych miejsc, w których bez wahania poświęcam każdą ilość czasu, byle tylko znaleźć odpowiednie ujęcie i zrobić udane zdjęcia. Tym razem wdrapuję się na szczyt pobliskiego wzgórza, co zajmuje mi lekko ponad godzinę czasu.
Powtórny przejazd przez Ajaccio kończy się pobytem na placu zabaw. Znów schodzą ze dwie godziny. Gdy dziewczynki mają już dosyć biegania po drabinkach, a my mamy już dosyć leżenia w towarzystwie psich kupek, zwijamy manatki. By dostać się na trasę wokół wyspy, musimy przejechać w poprzek przez całe miasto. Niestety spory odcinek to dwupasmowa trasa szybkiego ruchu. Jedzie się fatalnie, mijają nas sznury samochodów, a w przewężeniach tamujemy ruch na naszym pasie. Wreszcie skręcamy na spokojniejszą drogę do niejakiego Porticcio. Tam zażywamy wieczornej kąpieli w morzu z finałem pod plażowym prysznicem. Potem jedziemy jeszcze kilka kilometrów wzdłuż zatoki Golfe d'Ajaccio, bacznie rozglądając się za noclegiem. Łatwo jednak nie będzie. Teren jest ściśle zabudowany rezydencjami bogatych Francuzów. Płot przylega do płotu i nie ma skrawka wolnej przestrzeni. To chyba między innymi to miejsce miał na myśli Dominik, tłumacząc nam powody niechęci rodowitych Korsykan do przybyszów z Francji kontynentalnej. Na wysokości Plage de Ruppione odstawiamy rowery i ustalamy plan poszukiwań biwaku. Plan jest sprytny jak budowa sztycy rowerowej: - Michał pójdzie w prawo, ja pójdę w lewo. Kto pierwszy znajdzie nocleg, ten... krócej będzie łaził po lesie. - Idę w górę strumienia. Szutrówka szybko zmienia się w wąską, nieprzejezdną dla samochodów ścieżynę. Po chwili już wiem, dlaczego. Docieram do miejsca, w którym woda wymyła wielkie wyrwy. Kawałek dalej dróżka zanika w gęstwinie, a obok znajduje się maleńka polana całkowicie otoczona krzakami. Strumień ma w tym miejscu tylko kilkadziesiąt centymetrów szerokości, ale to w zupełności wystarczy do przeprowadzenia wieczornej toalety. Nie mam wątpliwości, że oto odkryłem - idealne miejsce na nocleg. Pewien problem sprawi nam tylko dotarcie do tego miejsca. Wracając po ekipę udaję biegacza. To po to, by nie zdradzić naszych zamiarów jakiemuś ewentualnemu przechodniowi. Rozważając jeszcze raz gorzkie słowa Dominika, Wystarczyło oddalić się 1-2 km od szosy i Korsyka znów przybrała swą naturalną, dziką postać.

Kilka dygresji Michała N.

Skwery w Ajaccio miały też swą pozytywną stronę. Zamiast gapić się na psie kupki, wystarczyło spojrzeć trochę wyżej by dostrzec nad głową gałązki morw obsypane soczystymi owocami. Objadaliśmy się nimi na równi z dżemem jagodowym.


Statystyka DNIA 12: dystans 63 km; czas jazdy 3:36; śr.V 17,5 km/h; suma przewyższeń 365 m.


DZIEŃ 13 - 30 maja 2009 r.


Wczoraj mieliśmy do czynienia z najbardziej płaskim dniem wyprawy, nic zatem dziwnego, że pada pod moim adresem strategiczne pytanie: - Czy będą dziś jakieś przełęcze? Odpowiadam, że nic szczególnego. Jakieś naciągane 300 m - może będzie, a może nie będzie. Niestety szybko się przekonujemy, że owe naciągane 300 oznacza dziś bardzo ciężką trasę z nieskończoną liczbą krótkich podjazdów i zjazdów, co dotychczas nie miało jeszcze miejsca.
Wcześniej jednak dochodzi do nieprzyjemnego incydentu. Na jednym z wąskich zakrętów wyprzedzający nas mikrobus ociera się o przyczepkę Madzi. Michał sprzedaje mu solidny cios ręką w budę, ale samochód odjeżdża. Szczęśliwie Madzia wychodzi cało z opresji i jedziemy dalej. Po paru kolejnych zakrętach droga gwałtownie odbija od morza i rozpoczyna się podjazd na nasze "naciągane 300 m". Tym razem nie jest to kolejny, przyjemny podjazd. Już po paru metrach czuję, jakby do przyczepy dosiadł się oddział Legii Cudzoziemskiej. Z niedowierzaniem spoglądam na licznik i widzę dwucyfrowe nachylenie. Zaciskamy z Michałem zęby i twardo ciśniemy w pedały. Nachylenie ani razu nie schodzi poniżej 12%. Miejscami widzę nawet 16-17%. Przy takiej stromiźnie, z ciężką przyczepą na holu, każdy obrót pedałami może być tym ostatnim. Tym razem nie zamiarzamy się jednak poddawać. Oczywiście mam tu na myśli porażkę z podjazdem, bo między sobą się nie ścigamy. Strasznie daje się nam we znaki bijący z nieba upał, ale po kilometrze docieramy wreszcie do wypłaszczenia. Zatrzymujemy się ledwo łapiąc oddech. Po paru minutach na szczyt wdrapują się dziewczyny. Kulturalnie, pieszo wprowadzają rowery, choć po ich minach widać, że też nie jest im lekko. Jazda po górach z dzieciakami w przyczepkach jest bardzo przyjemna, ale przy nachyleniach powyżej 10% zaczyna to już przypominać walkę o życie, a nie wycieczkę turystyczną. Był to najbardziej stromy kilometr na naszej trasie wokół Korsyki. Z satysfakcją stwierdzam, że całość przejechaliśmy w siodełkach.
Warto przy tej okazji wspomnieć o bardzo istotnej kwestii, jaką są odpowiednie przełożenia. Michał dysponował typowo górskim napędem z 22 zębami na najmniejszej koronce z przodu i 34 na największej z tyłu. Ja w swej szosowej korbie miałem do dyspozycji jedynie 30 zębów na przedzie. Na całe szczęście, przed wyjazdem, posłuchałem rad mądrych kolegów i na tył dorzuciłem zębatkę megarange z 34 zębami.
Kolejny ostry zjazd po zakrętach.
A nie była to jakaś tam zwykła zębatka ze sklepu za rogiem. To była zębatka z historią, obarczona bagażem doświadczeń z najtrudniejszych alpejskich podjazdów. Dostałem ją w spadku od Mikiego, podczas zlotu naszego forum podrozerowerowe.info. Na Korsyce nie raz ratowała mi skórę!
Dalsza trasa, choć już dużo łagodniejsza, wykańcza nas głównie psychicznie. Krótkie ostre podjazdy przeplatają się z podobnymi zjazdami. Do tego dochodzą bardzo kiepskie odcinki nawierzchni. I choć przez cały czas jedziemy w kompletnej ciszy, bez samochodów, to nie polecam nikomu tego odcinka. Warto wykombinować sobie jakiś lepszy wariant przejazdu.
Jedną z najbardziej rozreklamowanych atrakcji Korsyki są megalityczne rzeźby w Filitosie. Każdy turystyczny autokar obowiązkowo zajeżdża w to miejsce, a ludzie płacą okrągłą sumkę za możliwość obejrzenia metrowej wysokości figurek o fallicznych kształtach. I choć wiek owych posągów ocenia się na 8 tysięcy lat, z pełną świadomością przyjmujemy rolę ignorantów. Omijamy Filitosę o jakieś 5 km.
Poszukując noclegu cofamy się asfaltową drogą kilka kilometrów w górę rzeczki Baracci. Nocujemy na wielkiej łące na wzgórzu. Dojście na to wzgórze dostarcza nam nie lada emocji. Z jednej strony kombinujemy, jak się tam wczłapać nie będąc widzianym z pobliskiej szosy. Z drugiej strony układamy w pośpiechu pokojowe stosunki ze stadkiem tutejszych krów. Wieczorem stwierdzam, że miałem oto do czynienia z najmniej ciekawym dniem od początku wyjazdu. Na całej trasie udało mi się ustrzelić zaledwie dwa zdjęcia, w tym jedno z nich było zdjęciem poprzedniego obozowiska.

Kilka dygresji Michała N.

Nasz gospodarz Dominik, u którego nocowaliśmy, przekazał nam cenną informację, o której wcześniej nikt nie wspomniał, a która okazała się pomocna po zdobyciu morderczego podjazdu w dniu dzisiejszym. Powiedział nam, że istnieje stare korsykańskie przysłowie brzmiące mniej więcej tak: "Jeśli masz butelkę z wodą, to nie masz butelki, tylko kilka szklanek wody, którą możesz się podzielić z przyjaciółmi". Prośbie o wodę nikt tu nie odmawia! Czekając na dziewczyny uzupełniamy zapasy wody i raczymy rozgrzane głowy zimnym strumieniem z węża w pobliskim ogrodzie.


Statystyka DNIA 13: dystans 54 km; czas jazdy 3:58; śr.V 13,6 km/h; suma przewyższeń 865 m.


DZIEŃ 14 - 31 maja 2009 r.


Podczas porannego śniadania sporo ożywienia w naszej ekipie wprowadzają dwa kleszcze. Znużone korsykańską beztroską postanawiają porzucić dotychczasowe miejsce bytowania, by wyruszyć z nami w podróż życia. Nasza ekipa nie uznaje jednak w tej kwestii żadnych kompromisów. Tak więc zamiast podróży życia, dwa niepozorne pajączki tracą swe życie nie spełniwszy marzeń o dalekiej podróży. Wielkim szacunkiem dażymy natomiast chwiejnego patyczaka, którego Ewa wypatruje swym przenikliwym wzrokiem w gęstej trawie. Natalka z Madzią próbują wprawdzie głaskać insekta, ale czujna Ewa, biolog z zamiłowania i wykształcenia, skutecznie odgania
Mycie w misce.
małych natrętów.
Pierwszym punktem dzisiejszej trasy jest portowe miasteczko Propriano. Ekipa przysiada w kawiarni racząc się gorącą kawą. Ja idę na koniec portowego pirsu, racząc się widokiem starych kamienic stojących frontem do wielkiej mariny jachtowej. Z miasta kierujemy się na miejscówkę przy moście genueńskim Pont Spin'a Cavallu na rzece Rizzanese. Wedle moich pierwotnych planów miejsce to miało być jednym z wyprawowych noclegów. Po przybyciu zaczynam żałować, że plany rozjechały się z rzeczywistością. Miejscówka jest wspaniała. Do rzeki schodzi łagodna, kamienista plaża. Teren osłaniają wysokie drzewa dające sporo zbawiennego cienia. Jedynym mankamentem są wielkie i śliskie głazy gęsto wypełniające płytką rzekę. Brodzenie po dnie jest prawie niemożliwe. Wykąpać można się za to przy szerokim wodospadzie lub we własnej misce. Ten drugi typ kąpieli preferuje zwykle tylko Natalka, choć ostatecznie i tak większość kąpieli wieńczy płaczem.
Nad rzeką siestujemy dobrych parę godzin. Trzeba przyznać, że ten typ leniwego podróżowania bardzo przypadł nam do gustu. Warto tu jednak zaznaczyć, że nasze leniuchowanie ma twarde podstawy formalne. Przed wyjazdem na każdą wyprawę dzielę planowaną trasę na hipotetyczne odcinki dzienne, żeby orientować się w sytuacji. Tym razem byłem chyba zbyt ostrożny, bo z łatwością wyrabiamy założone normy dzienne, mając nawet jeden dzień w zapasie. Po co się zatem spieszyć skoro można posiedzieć nad rzeką.
Z wielkim żalem opuszczamy nasze rzeczne uroczysko i obieramy kurs na niejakie Sartene - miasteczko leżące na wysokości około 300 m n.p.m. Jedziemy spokojną, boczną drogą, kawałek za półmetkiem tankujemy bidony w przydrożnym źródełku i wreszcie wjeżdżamy w kamienne uliczki.
Kamienne zaułki Sartene.
To miasto od razu przypada nam go gustu. Wszystkie domy, murki, uliczki, a nawet fontanny wybudowano z jednolitego, szarego granitu. Dzięki temu miasto wygląda bardzo oryginalnie, ale i schludnie. Nigdzie nie odpada tynk z elewacji i nie ma dziur na ulicach - twardy kamień nie poddaje się działaniu czasu. Życie miasteczka toczy się na centralnym placu, który niczym wielki taras widokowy, otwiera się na rozległą dolinę rzeki Rizzanese. Wokół placu odnajdujemy mnóstwo kamiennych zakamarków, wąskich i krętych uliczek wspinających się stromo na szczyt wzgórza oraz ciosanych schodów prowadzących do poszczególnych kamienic.
W tym samym czasie, Natalka z Madzią zapoznają dziewczynkę bawiącą się na środku wspomnianego placu. Z zaciekawieniem obserwujemy, jak mimo dzielącej je bariery językowej, szybko nawiązują kontakt. Najpierw biegają w kółko, potem bawią się w berka i wreszcie zmęczone przychodzą do przyczepek napić się wody ze swoich bidonów. Ze zdumieniem jednak stwierdzamy, że nasze dziewczyny i w tym przypadku nie zapomniały o swojej nowo poznanej koleżance. Zabierają bidony, szybko wracają na plac i częstują małą Francuzkę. Po chwili szczęśliwa Natalka przybiega do nas wołając: - Podzieliłyśmy dziewczynkę!!!
Gdy wyjeżdżamy z Sartene, niebo zakrywa gęsta warstwa chmur. Widmo pierwszego deszczu podczas wyprawy przybiera bardzo realne kształty. W takiej sytuacji warto rozejrzeć się za noclegiem pod dachem. Mkniemy kilka kilometrów ostro w dół, w kierunku morza i w rejonie rzeczki Ortolo rozpoczynamy przeczesywanie okolicy. Gdy poszukiwania nie przynoszą spodziewanych rezultatów, wpadam na oryginalny pomysł: - Słuchajcie, były już kiedyś noclegi w poczekalni, na przystanku i w działkowej altanie, ale nigdy jeszcze nie nocowaliśmy pod mostem!. A trzeba wiedzieć, że powiedziałem to stojąc na wielkim, kamiennym moście wyłączonym dawno temu z ruchu. Idziemy więc pod potężne przęsło wybadać warunki pobytowe, ale tam zaczyna się marudzenie. A to że śmierdzi, a to że mało miejsca, no i że w razie ulewy popłyniemy z nurtem rzeki. Daję w końcu za wygraną i namioty stawiamy pod gołym niebem. Ale pamiętajcie, temat spania pod mostem jeszcze kiedyś powróci!

Kilka dygresji Michała N.

Tak naprawdę to klimat Sartene, oprócz budynków, tworzą mieszkańcy. Główny plac jest miejscem spotkań towarzyskich. Czas upływa na rozmowie, a niekiedy na siedzeniu w milczeniu na jednej ławce obok sąsiada, z którego obecności, jak przypuszczam, można się cieszyć, ale niekoniecznie mieć ochotę na rozmowę. Ławki wokół placu zapełnione są przez starszych panów, których zdjęcie znalazłem po powrocie w przewodniku, a których Remi nie miał śmiałości niepokoić swoim aparatem.


Statystyka DNIA 14: dystans 40 km; czas jazdy 2:46; śr.V 14,5 km/h; suma przewyższeń 535 m.


DZIEŃ 15 - 1 czerwca 2009 r.


Deszcz zaczął padać jeszcze wieczorem, padał całą noc i pada teraz. Aż się nie chce wyłazić z namiotu. Z drugiej strony trzeba jednak stwierdzić, że dotychczasowa pogoda strasznie nas rozpsuła. Zgodnie z tabelami meteo, wiosną na Korsyce powinno być znacznie więcej deszczu. Tymczasem pojawił się dopiero w piętnastym dniu wyprawy. Temperatura spadła do 18°C. Ale i tak jest wystarczająco ciepło, by jechać w sandałach bez skarpet i w krótkich spodenkach. Długich spodni nie zakładałem wcześniej i nie zakładam już do końca wyprawy. To pierwszy taki przypadek w historii moich wyjazdów - 23 dni i cały czas w krótkich spodenkach. Problem deszczu w zasadzie nie dotyczy naszych najmłodszych podróżniczek.
Wapienne klify Bonifacio.
W swoich przyczepkach są szczelnie odizolowane od warunków zewnętrznych. Jak to zwykle bywa podczas deszczu, człek nie ma na nic ochoty. No może poza jazdą. Tak więc z nosami na kwintę, w kurtkach i kapturach ograniczających widoczność kręcimy smętne kilometry w kierunku Bonifacio. Jedyną atrakcją na trasie miała być olbrzymia skała przypominająca leżącego lwa - Rocher du Lion. Niestety podła pogoda zniechęca mnie do zrobienia porządnego zdjęcia. Potem przez długi czas nie widać nic godnego uwagi. Jedziemy prawie po płaskim. Trzydziestokilkukilometrowy odcinek do miasta pokonujemy wyjątkowo sprawnie. W Bonifacio wspinamy się do stóp cytadeli, zajmując strategiczny budynek dawnej loggi. Jest przestronnie i sucho. Można się przegrupować i wyruszyć pieszo na rozpoznanie terenu.
Bonifacio słynie z pięknych, wapiennych klifów. Nieustanny ruch morskich fal wypłukuje miękką skałę tworząc olbrzymie nawisy. Miasto i cytadelę wybudowano na krawędzi takiej właśnie skalnej półki. Z daleka wygląda tak, jakby za chwilę miało wpaść w rozbujane morskie czeluści. Na punkcie widokowym położonym na południe od miasta spędzam chyba godzinę. Cierpliwie czekam w deszczu na najmniejszy przebłysk słońca. Czasem pojawia się w chmurach maleńki otworek i któraś ze skał momentalnie rozbłyska jaskrawą bielą. Trwa to ułamki sekund i wszystko z powrotem szarzeje. Niestety tym razem moja cierpliwość nie zostaje wynagrodzona. Zdjęcie robię w deszczu bez wyczekiwanego wsparcia z niebios.
Nocleg obieramy na lokalnym kempingu. Tak po prawdzie to mam tajny plan na wykorzystanie tego faktu. Po pierwsze robimy z Michałem nocną eskapadę do miasta... coby fotki fajne porobić. Po drugie, liczę na poprawkowe panoramy klifów o poranku. Zdjęcia klifów wieczorową porą rozmijają się nieco z moimi oczekiwaniami. Potężne reflektory, które jakoby miały podświetlać skały od spodu, nie wydają z siebie najmniejszych znaków życia. O przepraszam, jeden reflektor jeszcze mruga... choć lepiej pasuje tu określenie, że właśnie wydaje ostatnie tchnienie, co czyni go zupełnie bezużytecznym dla moich zastosowań.


Statystyka DNIA 15: dystans 39 km; czas jazdy 2:38; śr.V 14,8 km/h; suma przewyższeń 505 m.


DZIEŃ 16 - 2 czerwca 2009 r.


I oto nastał sądny dzień. Dziś zaatakujemy najwyższą przełęcz na naszej trasie, Col de Bavella liczącą 1218 m n.p.m. Wcześniej jednak robię trzecie podejście do klifów i po raz trzeci nie mam szczęścia. Że reszta ekipy znosi te moje fotościemnianie, to się dziwię. Ale sam ostrzegałem, w co się pakują. Z Bonifacio jedziemy główną drogą do Porto Vecchio. Od czasu do czasu kropi deszcz. Dodatkowo daje się nam we znaki spory ruch. Trzeba przyznać, że jeżdżenie po Korsyce głównymi drogami zupełnie nie ma sensu. Te drogi choćby w najmniejszym stopniu nie oddają klimatu wyspy. Są dość tłoczne i w miarę prostę. Inna sprawa to mało ciekawy krajobraz. Poruszając się wzdłuż Zachodniego Wybrzeża z północy na południe góry coraz bardziej oddalają się w głąb lądu, a krajobraz staje się mniej ciekawy. Z drugiej strony należy też pamiętać, że podróżowanie po tak atrakcyjnym terenie, niesamowicie podnosi poprzeczkę oczekiwań.
Porto Vecchio omijamy obwodnicą, by tuż przed skrętem na Bavellę zahaczyć o hipermarket. Pod sklepem Natalka zapytuje, dlaczego się zatrzymaliśmy? Cytuję na tą okoliczność odpowiedni fragment naszej ulubionej piosenki Kazika: - Zjedliśmy wszystko, co zjeść się dało. - Córka nie pozostaje mi dłużna, odpowiadając adekwatnym cytatem: - I nic nie zostało! - Spod sklepu wyruszam z ładunkiem cięższym o ładne kilka kilogramów.

PODJAZD NA COL DE BAVELLA 1218 m n.p.m.
Liczący 47 kilometrów podjazd na Col de Bavella był największym wyzwaniem wyprawy na Korsykę. Z podjazdem zmagaliśmy się przez dwa dni. Potem był bardzo szybki zjazd, nocleg na sąsiedniej przełęczy i wreszcie wylądowaliśmy na przepięknej plaży w Solenzara.

Kilka kilometrów za Porto Vecchio, na postoju obiadowym przyłącza się do nas duży, biały pies. Z postoju ruszamy około godziny 15:00 - zaczyna się zasadnicza część podjazdu.
Widok z l'Ospédale na Golfe de Porto Vecchio.
Planując trasę wyprawy bardzo dokładnie przejrzałem wykresy różnych wariantów podjazdu na Col de Bavella. Wybrałem wariant najdłuższy, ale jednocześnie najbardziej łagodny. Nachylenie wynosi tu na ogół 6-7%. Jedziemy jak zwykle na najlżejszych przełożeniach i jak zwykle prędkość jest niemalże równa nachyleniu. Wyraźnie czuję też wagę dopiero co uzupełnionych zapasów prowiantu. Mimo to po jakimś czasie stwierdzam, że podjazd ten nie wywiera na nas spodziewanego wrażenia. W pierwszych dniach wyprawy nieustannie spoglądałem na licznik, z wielką ulgą przyjmując każde 10 metrów przewyższenia. Teraz jedzie mi się dużo swobodniej, a na licznik spoglądam znacznie rzadziej. Zdaje się, że jest to efekt wytrenowania, które nabyliśmy w trakcie wyprawy oraz aklimatyzacji do wysokich temperatur. Ale nie mniej ważne jest także odpowiednie nastawienie psychiczne. Zazwyczaj w plan każdej naszej wyprawy staram się wpleść któryś z największych podjazdów występujących na danym obszarze. I odkąd sięgam pamięcią, wszystkie te wielkie podjazdy, na które zawsze się bardzo nastawiałem, mijały mi potem znacznie łatwiej, niż można było przypuszczać.
Z moich rozmyślań tradycyjnie budzą mnie słowa Natalki: - No nie, to znowu ten pies! Faktycznie, mimo przejechania dobrych kilku kilometrów pod górę, biały psiak ciągle nam towarzyszy. Biegnie tuż obok nas, to znów znika gdzieś na dłużej, ale po chwili jednak się pojawia. W którymś momencie chcemy go nawet przegonić, ale on przyjmuje to ze stoickim spokojem. W wiosce l'Ospédale, 20 km od Porto Vecchio, osiągamy pułap ponad 800 metrów n.p.m. A że pułap to słuszny, przystajemy na krótki odpoczynek. Z ciekawości zaglądam na teren zapuszczonej posesji i odkrywam wspaniałą miejscówkę na nocleg. Na tarasowo położonej działce są idealnie płaskie, trawiaste kwatery. Wybijające na stoku źródełko wyprowadzono rurami nad kamienną misę, tworząc praktyczny wodopój. Pobliski dom zamknięty jest na cztery spusty, a całą działkę porasta dawno nie koszona trawa. Przez chwilę rozważamy zajęcie miejscówki, ale ostatecznie głos rozsądku zwycięża.
Barrage de l'Ospedale.
Wszystkie znaki drogowe, które mijaliśmy od Porto Vecchio, poszatkowane były kulami jak sitka. Zdecydowanie nie chcemy, by podobny los spotkał nasze tyłki w przypadku ewentualnego powrotu właściciela.
W l'Ospédale gwałtownie wzrasta nachylenie podjazdu i takoż gwałtownie obniża się standard nawierzchni. Kilometr za wioską, na wyeksponowanym odcinku drogi urządzono punkt widokowy. W tym miejscu podjazd wypłaszcza się prowadząc do sztucznego jeziora Barrage de l'Ospedale. Jeziorko to od dawna miałem na oku. Teraz okazuje się, że rzeczywiście warto było tu dojechać. Namioty ustawiamy na końcu półwyspu, otoczeni wodami jeziora z jednej strony i mokradłami z drugiej. Jesteśmy na wysokości 950 m n.p.m., a dzisiejsza suma przewyższeń: 1190 m to nasz przyczepkowy rekord. W ostatnich promieniach słońca łapię piękny widok jeziora z odbijającymi się w nim wysokimi sosnami i czerwonymi skałami. Na kolację fundujemy sobie jajęcznicę z dwunastu jaj, które w wysokogórską wycieczkę zabrałem z Porto Vecchio. Późnym wieczorem mam jeszcze nadzieję na triumfalną kąpiel w jeziorze. Jednak widoczne w wodzie pniaki po wykarczowanym lesie skutecznie mnie odstraszają. Bardzo szybko spada też temperatura powietrza. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak szybkie mycie na trawie na sposób polewany. Pies całą noc waruje przy naszym obozowisku, urządzając przy tym kilka bardzo hałaśliwych pogoni po mokradłach.

Kilka dygresji Michała N.

Wartość naszej przepięknej miejscówki do spania, w pełni doceniam po powrocie do domu, oglądając zdjęcia tego miejsca w "porze suchej" - wysuszona połać błota z wystającymi z niego pniakami drzew nie zachęcała do odwiedzin. Potwierdza to jedynie słuszność wyboru terminu naszej wyprawy.


Statystyka DNIA 16: dystans 49 km; czas jazdy 4:16; śr.V 11,5 km/h; suma przewyższeń 1190 m.


DZIEŃ 17 - 3 czerwca 2009 r.


Dzień rozpoczynamy od stwierdzenia, że nasz wczorajszy towarzysz ciągle kręci się wokół obozu. Sytuacja zaczyna być nieco kłopotliwa. Pies nie wygląda na porzuconego, a przewędrował z nami dobre 15 km pod górę. Ciekawe, kiedy zamierza powrócić?
W tle skały Aiguilles de Bavella.

Podczas odwrotu z biwaku Justyna zgłasza niedobory powietrza w przednim kole. Pech chciał, że sprawa wychodzi na jaw zbyt późno. Zamiast jednej dziury od kolca jeżyny, mam do załatania jeszcze dwie kolejne po snejku. Widok tylu dziur w dętce tak mnie dekoncentruje, że jedną z łatek naklejam w zupełnie przypadkowym miejscu. Nasz psi towarzysz najwyraźniej uznaje mnie za amatora i nie jest w stanie dłużej tolerować mojego towarzystwa. Przy pierwszej okazji czmycha z napotkaną po drodze psią kumpelką o zbliżonej aparycji.
Przez następne 10 km jedziemy niemalże po płaskim. Mijamy zaporę spiętrzającą wody jeziora i kilka kilometrów dalej osiągamy najwyższy punkt na tym odcinku - przełęcz Bocca d'Illarata 991 m n.p.m. Kolejne 11 km to łagodny zjazd do miasteczka Zonza leżącego na wysokości 778 m n.p.m. Zonza to lakalny węzeł drogowy oraz ośrodek turystyczny. Schodzą się tu trzy drogi prowadzące na Col de Bavella, jest tu kemping i kilka restauracji. Uzupełniamy przetrzebione dnia wczorajszego zapasy bananów i robimy przerwę obiadową na ustronnym placu zabaw. W drodze eksperymentu nabywamy przepyszny, jak się okazuje, ciemny chleb nadziewany bakaliami - tradycyjny lokalny specjał. Trzeba przyznać, że tradycja lokalnych wyrobów spożywczych jest na Korsyce bardzo kultywowana. Wszystkie sklepy mają specjalnie wydzielone stoiska, na których można kupić oryginalne korsykańskie produkty. Najczęściej są to konfitury figowe, pomarańczowe i kasztanowe, przeróżne gatunki miodów, sery, wędliny oraz pieczywo. Niestety produkty te są wyjątkowo drogie. Konfitury figowe, które sobie szczególnie upodobaliśmy, w wydaniu korsykańskim są prawie dwa razy droższe od ich nieoryginalnych odpowiedników.
Kawałek za Zonzą znów rozpoczyna się ostra wspinaczka. W pewnym momencie wyjeżdżamy wreszcie z lasu i otwiera się wspaniały widok na skały Aiguilles de Bavella. To właśnie ze względu na ten widok mój wybór padł na Bavellę jako królową naszej wyprawy. W głównym paśmie korsykańskiego kręgosłupa jest kilka wyższych przełęczy, ale chyba żadna nie dorównuje pięknem Bavelli. Na samej przełęczy panuje niestety typowy dla Alp tłok. Na poboczu stoi kilka autokarów, samochody osobowe i sporo motocykli. Jest też restauracja, jakieś drogowskazy i mnóstwo innych niepotrzebnych rzeczy. Tego akurat nie lubię. Lubię za to czyste krajobrazy. A patrząc na przeciwną stronę przełęczy widać nawet morze.
Przysiadamy nieco odsapnąć na jednej z wielu pustych ław stojących na zewnątrz przy wspomnianej restauracji. Po chwili pojawia się kelner, lecz gdy rezygnujemy z zamówienia, jasno sugeruje nam zmianę miejsca pobytu. Cóż, nie ważne, czy przyjechałeś tu rowerem z dzieckiem w przyczepie, czy klimatyzowanym autokarem. Liczy się tylko fakt, czy zamierzasz wydać kilka euro na hot-doga z herbatą.
Widok z Col de Larone na skały Aiguilles de Bavella i Monte Incudine.

Termometr w moim liczniku wskazuje zaledwie 16°C. To jest jedyny moment podczas całej wyprawy, gdy poważnie zastanawiam się nad ubraniem długich spodni. Jednak wizja szybkiego powrotu w strefę ciepła przeważa, a wyprawa przechodzi do historii: 23 dni non stop w krótkich spodenkach!!!
Rozpoczynamy szaleńczy zjazd. To najbardziej stromy wariant prowadzący na Bavellę. Kilka kilometrów z nachyleniem 9-10%. Nowiutki asfalt sprzyja mojej wrodzonej fantazji. Puszczam klamki hamulców: 40 - 50 - 57 - gwałtowne hamowanie, zakręt i znów: 40 - 50 - 55 - gwałtowne hamowanie i kolejny zakręt. Przed którymś z zakrętów widzę na liczniku 59 km/h - to nowy rekord Natalki. Zatrzymuję się i czekam na ekipę. Niestety Michał nie dostał zgody na puszczanie klamek, więc trwa to dłuższą chwilę. Potem jedziemy już nieco spokojniej, bo czas wypatrzeć jakiś plac pod namioty. Tak docieramy do najniższego punktu na trasie - dwóch chałup dumnie noszących miano Argiavara. Tutaj szosę przecina niepozorna rzeczka będąca znanym w Europie miejscem uprawiania canyoningu. Przed wyjazdem czytałem nawet jedną relację o skokach z wodospadów w tym rejonie i muszę przyznać, że to sport bardziej ekstremalny, niż jazda rowerem. Niestety miejsca na nocleg dalej nie ma. W tej sytuacji robimy szybki wjazd na sąsiednią Col de Larone i zajmujemy trawiaste poletko, ukryci za dwoma zbiornikami ppoż. Z naszego obozowiska mamy piękny widok na skały Aiguilles de Bavella i Monte Incudine, nie mamy za to wody do mycia. I jedno i drugie bezcenne, ale żadne z obydwu niezbędne. Kąpiel odkładamy na poranek dnia następnego.

Kilka dygresji Michała N.

W Zonzie postanawiamy z Ewą, po raz drugi, spróbować lokalnych specjałów, wydając nieco większą kwotę, niż w markecie. Udajemy się na obiad do restauracji. Naszego zachwytu nowymi smakami nie podziela niestety córka, wybierając prosty smak chleba zagryzanego świeżym ogórkiem.
Zjazd z Bavelli, wbrew temu co pisze Remi, ja także mogę zaliczyć do rekordowych. Co prawda nie rozpędzałem się tak na każdej prostej, ale na jednej z nich osiągnąłem prędkość o kilka kilometrów na godzinę większą niż on. Dokładną wartość przemilczę, gdyż mogłoby to wzbudzić niepokój mojej żony.



Statystyka DNIA 17: dystans 43 km; czas jazdy 3:08; śr.V 13,7 km/h; suma przewyższeń 720 m.


koniec części trzeciej



część pierwsza część druga część czwarta
© Przemysław Remigiusz Kitliński 2006-2017