strona główna      o nas      co nowego      statkol      linki      księga gości
Serce Korsyki bije w górach

(część czwarta)


część pierwsza część druga część trzecia

DZIEŃ 18 - 4 czerwca 2009 r.


Budzimy się z lekka zaklejonymi oczkami, ale to typowa przypadłość rowerzystów, którzy opuścili wieczorną kąpiel. Nic to. Kilka zakrętów dalej znajdujemy przydrożną łazienkę, z której skwapliwie korzystamy.
Kąpiel na plaży w Solenzara.
Czyż nie każdy rowerowy dzień powinien się tak właśnie rozpoczynać? Wstajemy, gdy słonko przypieka namioty. Zniesmaczeni tym afrontem pogodowym wsiadamy na rowery. Zjeżdżamy kilkaset metrów ostro w dół - tak dla przebudzenia. Potem przemywamy lico w chłodnej wodzie, co stawia ostatnich maruderów na nogi. Następnie znów ostro toczymy się po serpentynach, tym razem minimum kilka kilometrów. Na koniec, tak dla odpoczynku po wyniszczającym zjeździe, zaliczamy ze 2-3 godzinki morderczego byczenia na plaży. Tylko takiej porządnej plaży, nie jakiejś tam byle jakiej. Ktoś za, bo ja tak!!
Inni też są "za", więc całe popołudnie pieczemy się na pisku. Plaża w Solenzara stanowi północny kraniec wybrzeża zwanego Côte des Nacres. Plaże są tu otoczone malowniczymi skałami, a wypełnia je charakterystyczny dla Wschodniego Wybrzeża piasek. Większość plaż na Zachodnim Wybrzeżu była kamienista, więc tutejszy piasek ma swoją wartość. Wkrótce okazuje się, że jest to ostatnia tak piękna plaża na naszej wyprawie. Na północ od Solenzary wybrzeże robi się zupełnie płaskie, a przez dziesiątki kilometrów wzdłuż morza ciągnie się mdły pas piachu. Piachu, na którym zalegają potężne ilości odpadków, a nawet i dóbr materialnych przyniesionych tu przez wodę.

WSCHODNIE WYBRZEŻE

Wschodnie Wybrzeże to jedyny na Korsyce kawałek płaskiego terenu. Wzdłuż Wschodniego Wybrzeża przebiega główna droga łącząca Bastię z południem wyspy. Wobec ponadprzeciętnego piękna pozostałej części Korsyki, Wschodnie Wybrzeże wydaje się bardzo monotonne i niewarte odwiedzenia.

Z Solenzary jedziemy ponad 30 km główną drogą wzdłuż Wschodniego Wybrzeża. Przed wyjazdem przeczytałem wiele opinii mówiących, że Wschodnie Wybrzeże należy omijać szerokim łukiem. Przyznaję, że nie rozumiałem do końca, o co w tym wszystkim chodzi. No bo co? Że kawałek płaskiego terenu.
Nocleg na Plage de Padulone na Wschodnim Wybrzeżu.
Przecież to normalka na każdej wyprawie. Ale gdy już znalazłem się na Korsyce i poczułem klimat jeżdżenia wąskimi, krętymi, górskimi szosami - zrozumiałem. Każdy kilometr przejechany główną drogą, to zmarnowany kilometr. Każdy kilometr przejechany główną drogą wzdłuż Wschodniego Wybrzeża, to kilometr zmarnowany po dwakroć. Czytając te słowa, też możecie się zastanawiać: - O czym ten facet pisze? - Najlepiej przekonać się samemu - szczerze polecam. Czy można powiedzieć coś więcej, zamiast filozofowania? To co zwykle. Na szosie panował duży ruch i nie było pobocza.
Wieczorem docieramy do niewielkiego miasta Aléria. Brakuje nam wody. Idę z Michałem do baru, gdzie pokazujemy puste butelki. Właściciel zleca barmance, by napełniła butelki lodowatą wodą z dystrybutora. Po kilku nieprzyjemnych wpadkach z miejscowymi dusigroszami, ten przypadek jest bardzo miłym wyjątkiem. Teraz tego jeszcze nie wiemy, ale od jutra takie wyjątki będą na porządku dziennym.
W poszukiwaniu noclegu zajeżdżamy na oddaloną o 3 km Plage de Padulone. Na końcu asfaltówki stoi restauracja, są korty tenisowe i kemping. My skręcamy w boczną drogę na północ, potem jeszcze kilkaset metrów jedziemy po piaszczystej mierzei. Namioty rozbijamy w promieniach zachodzącego słońca. Pierwszy raz od wielu dni słońce zachodzi gdzieś w głębi lądu, a nie jak poprzednio w morzu.

Kilka dygresji Michała N.

Nie podzielam entuzjazmu Remiego, co do smażenia się na plaży. Gdy korsykańskie słońce obdarowywało mnie swym żarem, a ja nie miałem nawet kawałka cienia nad głową, to mimo najszczerszych chęci i częstego schładzania się w morskich falach, szybko miałem takiego odpoczynku dość.


Statystyka DNIA 18: dystans 59 km; czas jazdy 3:16; śr.V 18,1 km/h; suma przewyższeń 250 m.


DZIEŃ 19 - 5 czerwca 2009 r.


Mogłoby się zdawać, że po objechaniu całej wyspy dookoła nic już nas nie potrafi zaskoczyć. Tymczasem ostatnie dni wyprawy z przejazdem przez regiony Castagniccia i sąsiednie Nebbio są największym pozytywnym zaskoczeniem naszego wyjazdu. I pomyśleć, że dopisałem je do planu wyprawy, tylko po to, by ominąć płaskie Wschodnie Wybrzeże. Byłem zresztą niemalże pewny, że i tak tam nie pojedziemy. W tak licznej grupie, z dwójką małych dzieci, obsuwa była prawie pewna. Ofiarą ewentualnej korekty trasy miała paść właśnie Castagniccia.

REGION CASTAGNICCIA
W Castagnicci poznaliśmy Korsykę nie zmienioną od dziesiątek lat. Zbocza gór porastały kasztanowce, a w sadach dojrzewały wspaniałe czereśnie. Jechaliśmy niemożliwie wąskimi i niczym nie zabezpieczonymi drogami, na których nie mijały nas żadne samochody. Drogi te prowadziły do starych, kamiennych miasteczek, w których poznaliśmy dumnych, ale życzliwych Korsykan. Wjeżdżając do Castagnicci nie wiedzieliśmy o niej nic - wyjeżdżając byliśmy pewni, że odkryliśmy tam prawdziwą duszę Korsyki.

Motyl z Castagnicci.
Wyjeżdżamy z plaży, cofamy się do Alérii i przez długi czas jedziemy boczną drogą wśród pól uprawnych. Widok to do Korsyki zupełnie niepodobny, ale po pewnym czasie jednak wraca stare - rozpoczyna się podjazd. Mozolnie wspinamy się na coraz większą wysokość, ale ten podjazd jest jakby inny, niż poprzednie. Tym razem szosa nie jest przyklejona do zbocza doliny, a wiedzie niemalże grzbietem łagodnego pasma górskiego. Od czasu do czasu przechodzi przez ów grzbiet, na jego drugą stronę. Raz z lewej, to znów z prawej strony widzimy rozległe, intensywnie zielone doliny. Tak rozległych i tak zielonych dolin na Korsyce jeszcze nie widzieliśmy. Daleko, na przeciwległym zboczu doliny, widać inną drogę, która podobnie jak nasza, prowadzi do kolejnych, małych miasteczek. Z tej odległości pojedyncze budynki przypominają niepozorne, białe kropki, zlewające się od czasu do czasu w większe plamy wiosek. .
W Tallone - pierwszym z miasteczek Castaggnicci, jesteśmy już na wysokości blisko pięciuset metrów nad poziomem morza. Zatrzymujemy się na skwerze, by uzupełnić wodę. W zasięgu wzroku nie ma jednak żadnej fontanny. Bierzemy z Michałem butelki pod pachę i ruszamy na poszukiwania. Na skraju miasteczka prosimy o pomoc mężczyznę zrywającego czereśnie w sadzie. Ten mówi, że niestety mieszka na drugim końcu miasteczka, więc butelek nam nie napełni, ale kilkaset metrów dalej jest źródełko. - Jak mamy je znaleźć? - pytam. - Nasłuchujcie uważnie, na pewno je usłyszycie. - odpowiada. Otwieram szeroko oczy, nikt jeszcze nie tłumaczył nam drogi w ten sposób. Gdy po chwili wracamy z pełnymi butelkami, mężczyzna śmieje się do nas: - A nie mówiłem, że usłyszycie.
Siadamy na skwerze i obserwujemy okolicę. Nieliczni, przechodzący ulicą ludzie, pozdrawiają nas, pytają o cel naszej wędrówki, oglądają rowery. Wkrótce wraca też mężczyzna poznany w sadzie. Gdy nas spostrzega, podchodzi i odsypuje nam pół siatki dorodnych, czerwonych czereśni. Te drobne gesty uświadamiają nam istnienie zupełnie innej Korsyki. Korsyki leżącej w głębi wyspy - szczerej i życzliwej. Z każdym kolejnym kilometrem czujemy się tu coraz lepiej i coraz bardziej udziela nam się niezwykły klimat Castagnicci - serca Korsyki.
Za Tallone droga zwęża się jeszcze bardziej - nie ma więcej, jak 3 metry szerokości. Tak wąskimi drogami dotychczas nie jeździliśmy. Wyobraźnię podsyca strome, niczym nie zabezpieczone urwisko zaraz za krawędzią asfaltu. Mijamy miasteczko Zalana, a szosa wprowadza nas wielkim łukiem w przepastną, ciemną dolinę.
Justyna mija w tle miasteczko Ampriani.
Wydaje nam się, jakbyśmy poruszali się krawędzią krateru. Głębokie cienie rzucane przez zachodzące słońce potęgują wrażenie tajemniczości. Na przeciwległym krańcu doliny promienie słoneczne niemrawo odbijają się od kamiennych dachów miasteczka Ampriani. Widok starego Ampriani, otoczonego mętną odchłanią, na długi czas przykuwa naszą uwagę.
Nazwa "Castagniccia" pochodzi od lasów kasztanowych porastających region. Opuszczając dolinę Ampriani wjeżdżamy właśnie w gaj kasztanowców. Z ich owoców wyrabia się tu konfitury przybierające postać jednolitej, brązowej masy. Naszym zdaniem wyraźnie jednak ustępują w smaku konfiturom figowym. Na drzewach widać wiele dorodnych kasztanów z długimi, miękkimi kolcami - zupełnie innymi w wyglądzie od kasztanów dojrzewajacych w Polsce.
W Zuani jesteśmy tuż przed zachodem słońca. Miasteczko wyłania się nagle za jednym z zakrętów drogi. Szaro-pomarańczowe fasady budynków pięknie komponują się w prześwicie wśród zielonych gałęzi kasztanowców. Tu rozpoczyna się ostry podjazd na przełęcz Bocca di Comiti. Miasteczko jest naszą ostatnią szansą na nocleg. Podjeżdżamy do baru, urządzonego na tarasie jednego z budynków i zagadujemy mężczyzn raczących się wysokoprocentowymi trunkami. Dogadujemy się przy pomocy pojedynczych angielskich słów. Rozbawieni biesiadnicy twardo główkują nad naszym problemem. Wreszcie znajdują rozwiązanie. Jeden z nich, chyba najbardziej podpity, wstaje i oznajmia, że zaprowadzi nas na odpowiednie miejsce. Ze zdumieniem patrzymy, jak facet wsiada do samochodu i każe nam jechać za sobą - serpentynami w stronę przełęczy! Nie zdążyliśmy nawet zaprotestować. To najszybszy kilometr pokonany pod górę na tej wyprawie. Jazda za samochodem z zawrotną, jak na nasze możliwości, prędkością kilkunastu kilometrów na godzinę kończy się na jednym z zakrętów. Mężczyzna zatrzymuje się i z dumą wskazuje nam zarośniętą łąkę ogrodzoną drutem kolczastym. To miejsce nie jest szczytem naszych marzeń, ale wykończeni pościgiem nie mamy ochoty na dalsze poszukiwania.
Wkrótce okazuje się, że nasza miejscówka ma jedną, poważną wadę. Namioty widać jak na dłoni z drogi prowadzącej na przełęcz. Wszyscy miejscowi idący, bądź jadący drogą, zatrzymują się i zagadują. Jeden dziadek ostrzega nas przed krowami. Wznosi wskazujący palec ku górze, gorączkowo zastanawia się dłuższy czas i wreszcie wypowiada dwukrotnie: - Cows, cows!


Statystyka DNIA 19: dystans 38 km; czas jazdy 3:21; śr.V 11,3 km/h; suma przewyższeń 865 m.


DZIEŃ 20 - 6 czerwca 2009 r.


Rano w niewyjaśnionych okolicznościach znika Justyna. Jako bezprzykładny mąż, stratę zauważam dopiero po pół godzinie, gdy Natalka zaczyna się dopytywać o mamusię. Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to że Justyna poszła nad strumień. Gdy jej nieobecność wydłuża się, sprawa wygląda bardziej zagadkowo. Po godzinie Justyna wreszcie wraca i przedstawia nam iście zaskakującą wersję wydarzeń. Otóż wczesnym rankiem pod namiotami pojawił się pewien Korsykanin, który zaoferował Justynie wspólną wycieczkę... do sadu na czereśnie.
Podjazd na Bocca di Comiti 1094 m n.p.m.
Żeby sprawa nie budziła zbędnych podejrzeń, w przedstawionej wersji wydarzeń, ów Korsykanin ma grubo powyżej sześćdziesieciu lat, a małżonka przedkłada nam siatkę pełną dorodnych czereśni. Do rozstrzygnięcia pozostaje jedynie wątpliwość, dlaczego żona przystała na ofertę Korsykanina, skoro ten złożył ją po korsykańsku. Gdyby nie to, że siatka jest pełna, to nie wiem, czy bym przyjął zaprezentowaną wersję wyjaśnień i to pomimo, że zostały złożone po polsku. Za to Natalka z Madzią przyjmują bardziej pragmatyczną postawę, przejmując, na pewiem czas, kontrolę nad zawartością siatki.
Po spakowaniu manatków, w ostatniej chwili przed depnięciem w górę serpentyny, wpada mi do głowy pewien pomysł o podłożu fotograficznym. - Skoro wczorajszy, wieczorny widok na Zuani był prosto pod słońce, to dzisiejszy, poranny powinien być zgoła odmienny. Namawiam Michała na krótką cofkę w dół serpentyny, którą czynimy, pozbywszy się uprzednio naszych szanownych córek łącznie z ich zwiewnymi budkami na kółkach. W Zuani okazuje się, że warto było się wrócić. Złożona tam panorama łapie całkiem interesujący układ chmur nad miasteczkiem.
Podjazd na przełęcz bije wszelkie rekordy pod względem wąskości asfaltu. Gdy w pewnym momencie dogania nas jakiś zabłąkany samochód, musimy po prostu zjechać na trawę, by mógł nas wyprzedzić. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że na środku owej drogi dumnie mieni się w słońcu wymalowana na biało linia rozgraniczająca przeciwne kierunki ruchu. Ciekawe po co, skoro pojawiające się raz na godzinę samochody, ledwie mieszczą się w obrębie całej szerokości jezdni.
Na przełęczy panuje kompletne pustkowie. To druga ponad tysiąc metrowa korsykańska przełęcz, na którą wdrapaliśmy się w pełnym składzie. Niestety zjazd nie zapowiada się tak efektownie, jak z Bavelli. W pierwszej fazie droga jest dość kiepska, by kawałek dalej stać się niemożliwie fatalną. Niezliczona ilość dziur i nierówności wprowadza nasze zaprzęgi w niekontrolowane wibracje. Jadę ostrożnie, aby utrzymać w kupie wszystkie elementy ekwipunku, ale Natalka zaczyna pokrzykiwać, że to za wolno. Wokół panuje specyficzny mikroklimat. Na całej długości podjazdu były zaledwie dwa naturalne źródła wody, tymczasem tu rzeczki i źródełka spływają co kilkaset metrów. Roślinność jest przez to gęsta, a z drzew zwisają jakieś pnącza. Przez chwilę czujemy się jak w dżungli.
Po zjechaniu do poziomu około 800 m n.p.m. zaczyna się wielki objazd półokrągłej doliny, którą nazywamy "doliną miasteczek". Przeskakujemy kolejno z jednej kamiennej wioseczki do drugiej. Wszystkie są bardzo charakterystyczne i zupełnie inne od siebie. Rebbia to typowa ulicówka rozciągnięta na długim, wąskim wzgórzu wchodzącym w głąb doliny. Alzi przylepiło się do stromego zbocza ponad szosą, Bustanico przybrało wyjątkowo posępną pozę, a Castellare di Mercurio okazuje się prawdziwie niedostępną twierdzą.
Serce starego Corte.
Z gór zjeżdżamy niesamowicie krętą drogą, zakręty są jednak na tyle łagodne, że jazda przypomina rytmiczne kołysanie. Bujamy się to w lewo, to w prawo i tak przez kilka kilometrów przy prędkości około 40 km/h. Bajka!!!
Corte, kulturowa stolica Korsyki, nie jest nam do końca po drodze, ale w pamięci mam wyraźne wskazówki wspominanego już tutaj Mikiego. Miki przeszedł onegdaj Korsykę wszerz po górach, wobec czego nie mam czelności powątpiewać w słuszność jego zaleceń, nakazujących odwiedzenie Corte. Początkowo rozczarowuje mnie przemysłowo-hipermarketowa otoczka miasta, ale stare centrum rzeczywiście ma korsykańską duszę. Wąskie, brukowane uliczki wspinają się na strome wzgórze z wielką cytadelą na wierzchołku. Zabudowę stanowią obdrapane kamienice z wyraźnymi śladami po kulach, które ugrzęzły w tynku podczas którejś z ostatnich wojen. Rury kanalizacji sanitarnej, przypominając doniczkowe lejki, wędrują sobie po zewnętrznych ścianach budynków. Wiele z uliczek kończy się schodami, będąc dla nas zupełnie niedostępnymi. Wreszcie, bardzo stromym asfaltem, biegnącym poza obrębem murów, udaje się nam zdobyć od zaplecza miejscową twierdzę, z której wjeżdżamy na jeden z głównych placyków miasteczka. Tam długo chłoniemy swoistą atmosferę miejsca, wcinając przy tym zapasy litrowych lodów, którymi zastępujemy obiad.
Z Corte wyjeżdżamy starą drogą na Bastię, która wznosi się na niewysoką przełęcz Collo di San Quilico - 559 m n.p.m. Równolegle przebiega nowa droga mijająca przełęcz w tunelu. Niedaleko za przełęczą obydwie drogi łączą się i rozpoczynamy bardzo łagodny, wielokilometrowy zjazd. Po przejściu przez wąski, skalny przesmyk wjeżdżamy w dolinę rzeki Golo, która jest najdłuższą rzeką na wyspie. Skrawek ziemi, na którym ledwo mieszczą się nasze namioty, wynajdujemy tuż przy szosie, za gęstą ścianą drzew. Mamy doskonały dostęp do rzeki, ale wychłodzony długotrwałym zjazdem, nie mam odwagi wskoczyć do lodowatej wody. Jak to w takich sytuacjach bywa, kąpiel organizuję na sposób polewany. Tymczasem Michał wprowadza się w stan termicznej hipnozy, który pozwala mu, jako jedynej osobie w ekipie, na całkowite zanurzenie w rzece.


Statystyka DNIA 20: dystans 62 km; czas jazdy 4:23; śr.V 14,1 km/h; suma przewyższeń 855 m.


DZIEŃ 21 - 7 czerwca 2009 r.


REGION NEBBIO
Region Nebbio oddziela od sąsiedniej Castagnicci głęboka dolina rzeki Golo. Obydwa miejsca są bardzo podobne do siebie, jednak w Nebbio nie znaleźliśmy już tak starych, maleńkich, kamiennych miasteczek. Tutaj królowały pastelowe, starannie odnowione fasady. W Nebbio dopisała nam wspaniała pogoda. Szybko przesuwające się po niebie obłoki dopełniały piękną scenerię. Dwa piękne dni... niestety był to już koniec naszej wyprawy.

Widok na dolinę Golo i Ponte Leccia
Wstajemy w dobrych humorach. Po wczorajszych zawirowaniach pogodowych nie ma śladu. Po niebie przesuwają się białe obłoki. Z noclegu zjeżdżamy jeszcze kilka kilometrów wzdłuż rzeki Golo do miejscowości Ponte Leccia ze starym kamiennym mostem. Tam skręcamy w boczną drogę wspinającą się zboczem doliny Golo na przełęcz Col de Bigorno 885 m n.p.m. Początek podjazdu jest bardzo ostry i dość szybko wspinamy się 150 metrów ponad dolinę. Niestety, ku mej rozpaczy, droga zaczyna się od tego miejsca obniżać i tracimy kilkadziesiąt metrów wysokości. Punkt zwrotny następuje nad niewielkim strumieniem. Tam zaczyna się klasyczna, doskonale wyeksponowana serpentyna. To jedna z niewielu na naszej trasie tak ukształtowanych serpentyn, przez co od razu przypada nam do gustu.
Serpentyna wyprowadza nas wysokość około 500 metrów. Z tej wysokości dolina Golo wygląda imponująco. Jej strome, zielone ściany zbliżają się ku dołowi, tworząc bardzo wąski przesmyk, którym płynie rzeka oraz przebiega główna droga i jedyna na wyspie linia kolejowa łącząca Bastię z Ajaccio. W miejscowości Costa Roda przysiadamy na posiłek pod jedną z kamienic. Z mieszkania na piętrze kamienicy dochodzą odgłosy przyjęcia obiadowego. Wkrótce biesiadnicy zauważają naszą obecność pozdrawiając nas z balkonu. Ktoś przynosi nam tackę czereśni, a starsza pani zaprasza nas do domu na kawę. Siadamy w jej mieszkaniu przy okrągłym stoliku. Towarzyszy nam jeszcze jej córka. Niestety nikt nie włada językiem, w którym moglibyśmy się swobodnie porozumieć. Chwilowo rolę ambasadorów przejmują Natalka z Madzią, zjednując sobie życzliwość gospodyń. Potem, w miłej atmosferze, częściowo na migi opowiadamy o naszej wyprawie, wspominając najciekawsze miejsca na trasie.
Z Costa Roda przez dłuższy czas jedziemy niemal po płaskim, uciekając w którymś momencie przed mżawką. Za którymś z zakretów otwiera się przed nami świetny widok na miasteczko Lento położone kilkaset metrów dalej. W miejscowości Bigorno napełniamy butelki w przydrożnym źródełku i ruszamy na trzy końcowe kilometry podjazdu.
Miasteczko Lento.
Niestety ten odcinek szosy ma dość kiepską, nierówną nawierzchnię. Tuż przed przełęczą drogę okupuje stadko krów. Justyna przejeżdża przez środek jednego z krowich placków, co nie uchodzi uwagi Natalki: - Mamo, dlaczego wjechałaś w kupę? Bo jej nie zauważyłam - odpowiada Justyna. Ale na drugi raz będziesz uważać - odpala Natalka. Na przełęczy temat krowich odchodów jest kontynuowany. Dziewczynki sypią kamyki na jeden z placków wołając: - Kryjemy kupę, kryjemy kupę!
Z Cole di Bigorno rozpościera się widok na Cap Corse i Golfe de Saint Florent. Uświadamiamy sobie, że oto nasza pętla wokół wyspy niechybnie zmierza ku zamknięciu. Zjazd, mimo że bardzo przyjemny, nie dostarcza nam już takiej radości. Teraz każdy kilometr jest tym jednym z ostatnich. Gdzieś w głębi serca pojawia się niepokój. Piękny korsykański sen dobiega końca.
Miejsce na nocleg znajdujemy dopiero na przedmieściach Murato. Miejsce to niezwykłe i z powodzeniem można je uznać za godne zwieńczenie najlepszych noclegów w historii naszych wypraw. Namioty stawiamy tuż obok starego mostu genueńskiego. Na niewielkim placyku jest też drewniany stół z ławkami, przy którym urządzamy sobie kolację. Przed wieczorem odwiedzają nas jeszcze miejscowe krowy. Po zmroku szybko spada temperatura, ale piękne wanny w korycie rzeki zachęcają do porządnej kąpieli. Kąpieli w prawdziwie korsykańskim stylu, czyli okupionej głośnym wrzaskiem po zanurzeniu w lodowatej wodzie. Nocą dochodzi do niegroźnego incydentu z zabłąkanym lisem. Najpierw próbuje wyciągnąć spod tropiku siatki ze śmieciami, a gdy się to nie udaje, kąsa po kolei wszystkie wybrzuszenia w namiotach. Ewę łapie za palca od nogi, a mnie gdzieś w okolicach ucha. Gdyby nie ta przygoda, nocleg przy moście w Murato zapewne załapałby się na podium wśród naszych wyprawowych noclegów.


Statystyka DNIA 21: dystans 43 km; czas jazdy 3:46; śr.V 11,4 km/h; suma przewyższeń 930 m.


DZIEŃ 22 - 8 czerwca 2009 r.


Największą atrakcją Murato jest romański kościółek z okresu panowania na Korsyce Republiki Pizańskiej. Oryginalność kościoła wynika z dwukolorowego zestawienia bloków kamiennych, z których jest on wybudowany.
Kościół pizański San Michele di Murato.
Dzisiejszy dzień jest już w zasadzie tylko dojazdem do Bastii. Z Murato łagodnie zjeżdżamy w kierunku miasteczka Oletta na wysokości 200 m n.p.m. Potem przez kilka kilometrów wspinamy się starą drogą na przełęcz Col de Teghime (536 m n.p.m.), która według naszej mapy ma być szczególnie interesującym miejscem. Przez przełęcz przebiega najkrótsza droga z Bastii do Saint Florent i Calvi. W czasie II Wojny Światowej rozegrała się tu ważna bitwa decydująca o zajęciu Korsyki przez aliantów, co upamiętnia pamiątkowy obelisk. Widoki na okolicę też są całkiem przyjemne - można dostrzec między innymi zalew Etang de Biguglia na przedmieściach Bastii. Jednak obecność ruchliwej, jak na korsykańskie warunki, drogi powoduje, że miejsce to nie zapada jakoś szczególnie w naszej pamięci.
Zjazd do Bastii to już prawdziwie ostatni akord naszej wyprawy. Dziesięć kilometrów ostrej jazdy po zakrętach. Na jednej z prostych rozpędzamy się z Natalką do 60 km/h. Wynik ten przez dłuższy czas powinien być jej przyczepkowym rekordem predkości.
Do Bastii przybywamy jeden dzień wcześniej, niż planowaliśmy. Jest to o tyle ważne, że dzięki temu będzie okazja do spotkania z Lucyną i Igorem Czajkowskimi, którzy tego dnia mieli wyruszyć w trasę wokół Korsyki i Sardynii.
Obdrapane, zagrzybiałe domy w centrum Bastii.
Zasiadamy na głównym placu w mieście z widokiem na port i przystań. Po paru godzinach wygrzewania lokalnych ławek okazuje się jednak, że państwo Czajkowscy nie dostali się na prom i przybędą dopiero jutro. Ruszamy zatem na zwiedzanie okolicznych atrakcji. Kilka uliczek za ścisłym centrum wjeżdżamy między posępne, obdrapane kamienice. Grzyb, sypiący się tynk i ubikacje na balkonach. Widoki te łudząco przypominają mi blokowiska w albańskiej Szkodrze, jestem w poważnym szoku.
Z Bastii wyjeżdżamy na południe bardzo ruchliwą i nieprzyjemną drogą czteropasmową. Skręcamy na mierzeję Etang de Biguglia, gdzie po kilku kilometrach, w małym lasku za zarośniętą wydmą znajdujemy bardzo spokojną miejscówkę noclegową. Pobliska plaża zupełnie nie zachęca do kąpieli. Jest monotonna, szara i bardzo zaśmiecona przedmiotami wyrzuconymi tu przez morskie fale. Niby ta sama Korsyka, a jakże odmienna.


Statystyka DNIA 22: dystans 45 km; czas jazdy 3:04; śr.V 14,7 km/h; suma przewyższeń 485 m.


DZIEŃ 23 - 9 czerwca 2009 r.


Rankiem bocznymi ulicami Bastii przemykamy do centrum. W pewnym momencie nie mamy jednak wyjścia i znów trafiamy na czteropasmową wylotówkę prowadzącą do tunelu pod centrum miasta. Przed samym tunelem, w bardzo intensywnym ruchu miejskim, musimy zmienić kilka pasów na raz. Manewr ten powoduje szybsze bicie serca u żeńskiej części ekipy, ale córki w przyczepkach wychodzą z opresji bez szwanku. Kierując się na nasz plac przy porcie, ponownie natrafiamy na bardzo interesujący blok w stylu albańskim. Nie sądziłem, że tego typu okazy występuja tu w takich ilościach.
Na placu znów przez kilka godzin grzejemy ławy, a Natalka z Madzią rozgrywają widowiskowy mecz piłki plażowej. Gdy do portu wchodzi potężny prom linii Corsica Ferries wyjeżdżam na spotkanie naszych zmienników. Prom dobija do brzegu, obsługa mocuje liny cumownicze i wreszcie uchylają się wielkie wrota. Od razu widać, komu najbardziej spieszy się na ląd. Igor i Lucyna deklasują promowych rywali. Chwilę badamy się wzrokiem, potem moje oczy wędrują na bardzo nietypowe rowery z napisem Cyklotur i już ściskamy grabule. Na placu zasiadamy na dłuższą rozmowę o wyprawach przeszłych i przyszłych. Potem pstrykamy pamiątkowe foto i ruszamy w stronę Cap Corse. Takiej ekipy to chyba jeszcze Bastia nie widziała. Dwa rowery z przyczepkami, dwa rowery poziome i dwa zwykłe. Chwilowo dezorganizujemy miejscowy porządek ruchu. Rozstajemy się sześć kilometrów dalej, w wiosce Miomo. My skręcamy do naszych samochodów parkujących w Maison Saint Hyacinthe, a Czajkowscy ruszają w trasę wokół wyspy. Jedna wyprawa się kończy, druga się zaczyna... Oby było tak zawsze!
Spotkanie w Bastii z Lucyną i Igorem Czajkowskimi.


Statystyka DNIA 23: dystans 24 km; czas jazdy 1:53; śr.V 12,7 km/h; suma przewyższeń 270 m.



PODSUMOWANIE


Wyprawa trwała 23 dni. W sumie przejechaliśmy 1086 km ze średnią prędkością 13,6 km/h. Suma podjazdów wyniosła 15 440 metrów - był to nasz najbardziej górzysty wyjazd. Osiemnaście razy spaliśmy na dziko, raz u gospodarza i trzy razy na kempingach. Noclegi okazały się bardzo mocnym punktem tej wyprawy. W sumie, łącznie z kosztami dojazdu, nasza rodzina wydała 4440 zł - sporo, Korsyka jest bardzo droga. Świetnie sprawdziła się formuła wspólnego wyjazdu Natalki z rówieśniczką Madzią - nie trzeba było szukać żadnych placów zabaw. Nasza sześcioosobowa ekipa była zgrana, zdyscyplinowana i bezkonfliktowa - dziękujemy. W głowach na długo zostaną nam kręte korsykańskie drogi, piękne widoki na morze i góry oraz zimne kąpiele w rzekach i ciepłe w morzu. Było wspaniale, wszyscy bawili się świetnie!

KONIEC



część pierwsza część druga część trzecia
© Przemysław Remigiusz Kitliński 2006-2017