strona główna      o nas      co nowego      statkol      linki      księga gości
Relacja
Dlaczego Hiszpania

Hiszpania (tapeta 1280x1024)
Słoneczne plaże, morze i dyskoteki do białego rana - takie wyobrażenie o Hiszpanii ma większość turystów, którzy tłumnie odwiedzają ten kraj w czasie letnich wakacji. Oczywiście każdy z nich obowiązkowo zagląda do kościoła Sagrada Família i odbywa spacer aleją Las Ramblas w Barcelonie, a fani futbolu wykupują nie tani bilet, aby choć przez chwilę spojrzeć na murawę Camp Nou, największego stadionu piłkarskiego w Europie.
Czy tak rzeczywiście wygląda Hiszpania? Aby naprawdę poznać ten kraj należy opuścić wybrzeże i zajrzeć do jego serca, gdzie czas zatrzymał się jakieś 500 lat temu. Przede wszystkim do Kastylii, w której niezliczone średniowieczne zamki górują nad starymi miastami z plątaniną wąskich uliczek, a w potężnych katedrach przebrzmiewa głos chorałów gregoriańskich. Gdzie niepozorne rzeczki wyżłobiły kaniony, nad którymi majestatycznie krążą sępy. Warto odwiedzić La Manchę, w której stojące tu i ówdzie wiatraki noszą jeszcze ślady nierównej walki, jaką ongiś stoczył z nimi dzielny Don Kichot przemierzający tę krainę z wiernym giermkiem Sancho Pansą. Nie można też ominąć Andaluzji, która jeszcze do 1492 r. była pod panowaniem Maurów, a wspaniałe klejnoty architektury tchną duchem tajemniczej egzotyki świadcząc o niezwykłej wyobraźni arabskich architektów.
Marzenie o podróży do Hiszpanii tkwiło we mnie już od dawna. Nie wykluczone, że były to jeszcze czasy, gdy rower służył mi jedynie do jeżdżenia po osiedlu. Pamiętam jak w jednym z telewizyjnych programów podróżniczych obejrzałem reportaż o wspaniałym arabskim pałacu wznoszącym się w jednym z miast południowej Hiszpanii. Budowla ta zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że jej obraz utkwił gdzieś głęboko w mojej podświadomości i zaczął kiełkować przypominając o sobie z biegiem czasu coraz mocniej. Mijały kolejne lata, szkoła, studia. Wyprawy rowerowe na stałe weszły do kalendarza, stanowiąc największą atrakcję każdych wakacji. Bardzo ważnym elementem przygotowań było poszukiwanie map, które stanowiłyby podwaliny pod kolejną wycieczkę. Każda wizyta w księgarni zaczynała i kończyła się na stoisku z mapami.
Moja żona, nasze rowery i Alhambra.
Chodziłem tak od księgarni do księgarni, aż pewnego razu natknąłem się na atlas samochodowy Hiszpanii. Skala 1:300.000 i mimo braku poziomic, po krótkim przewertowaniu, kupiłem tą pokaźną książkę wiedząc, że na pewno do czegoś się przyda. W domu przystąpiłem do nieco staranniejszego zapoznania się z cennym nabytkiem. Odszukałem oczywiście Granadę z pałacem Alhambra, ale moją uwagę przykuł czerwony, wytłuszczony napis w żółtym obramowaniu znajdujący się nieco niżej na południowy wschód: La carretera más alta de Europa. Może na lekcjach hiszpańskiego nie byłem najlepszym studentem, ale sprawa była jasna: Najwyższa droga Europy! Miałem kolejny powód by na poważnie zacząć rozmyślania o zorganizowaniu rajdu rowerowego po Hiszpanii. Wstępna analiza nie zwiastowała jednak rychłej realizacji przedsięwzięcia. Przestraszyłem się ogromnych odległości pomiędzy poszczególnymi miastami i wysokości, na których się znajdowały. Zacząłem się nawet usprawiedliwiać przed samym sobą, że owszem pojadę tam kiedyś, ale pewnie samochodem. Na szczęście samochodu nie miałem. Miałem rower i miałem żonę, która też miała rower - więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy.



Samolotem na start

Gdańskie bluzy i gdańskie rowery.
Zima 2004/2005, powoli już opuszczają nas emocje związane z rajdem rowerowym po Słowenii, Chorwacji i Czarnogórze. Zimowe wieczory sprzyjają rozmyślaniom nad następną wyprawą: tym razem Turcja, albo Rumunia, a może jeszcze Serbia, Macedonia i Bułgaria, w sumie nie wiadomo. Zaczynamy sprawdzać różne możliwości dojazdów: pociągi, autobusy, samoloty i.... znajdujemy połączenie do Hiszpanii. Bilet linii lotniczych SkyEurope z Krakowa do Barcelony kosztuje 370 zł w obie strony. Cena rewelacyjna, ale przecież Hiszpania nie jest krajem na rower, no i czy w ogóle można przewozić rowery samolotem.
Pico del Veleta
główny cel naszej wyprawy.
Szybko jednak znajdujemy rozwiązanie wszystkich problemów. Duże odległości pomiędzy miastami można przecież pokonywać pociągami - ten system sprawdził się nam we Włoszech w 2003 r. Groźnie wyglądające wysokości, to w dużej części płaskowyż, a nie góry. No i rzecz najważniejsza - nie ma żadnego problemu z przewozem rowerów w samolocie. Potem nastaje kilka miesięcy intensywnej pracy nad mapą. Nawiązujemy też współpracę z Wydziałem Promocji Miasta w Urzędzie Miejskim w Gdańsku. Na naszych strojach i bagażu zostają umieszczone emblematy z herbem Gdańska i adresem strony www. Zabieramy też materiały promocyjne, które będziemy rozdawać podczas wyprawy. Podejmujemy też ostateczną decyzję co do zasięgu naszej trasy. Rezygnujemy z obleganego przez turystów hiszpańskiego wybrzeża - morskimi kąpielami wystarczająco nacieszyliśmy się w Chorwacji. Bardziej ciągnie nas dzika i rozległa Kastylia z licznymi zamkami, stare miasteczka Nawarry oraz zielone przedgórza Pirenejów w Aragonii. Za główny cel wyprawy stawiamy sobie zdobycie najwyższej w Europie góry dostępnej dla rowerzystów - Pico del Veleta ( 3392 m n.p.m.) w górach Sierra Nevada.



Barcelona i problemy z transportem

Kościół Sagrada Família.
Na początek jednak Barcelona. Krok po kroku, ale w szybkim tempie zwiedzamy całe miasto: wioskę olimpijską, port, gotyckie śródmieście wokół katedry, dzielnicę secesyjną z oryginalnymi budowlami Gaudíego oraz Domenech i Montanera. Potem ruszamy na dworzec autobusowy. Jego widok trochę nas zaskakuje: około sto stanowisk, kilkadziesiąt kas, przy czym każda kasa należy do innego przedsiębiorstwa przewozowego, a każde połączenie jest obsługiwane tylko przez jednego przewoźnika. Na szczęście można się w tym jakoś połapać. Czekamy chwilę na nasz autobus do Saragossy, podjeżdżają trzy. Pakujemy rowery do pierwszego z brzegu, jednak kierowca każe nam wysiadać. Jakiś współpasażer ogląda nasze bilety i tłumaczy, że powinniśmy wsiąść do drugiego autobusu. W pośpiechu przenosimy bagaże i zasiadamy w wygodnych fotelach. Po chwili dopada nas sen.
Park Güell w Barcelonie.
Budzimy się, gdy autobus zatacza obwodnicą szeroki łuk wokół Saragossy. Trochę dużo bloków, ale zabytkowe centrum poprawia to niekorzystne wrażenie. Na drugi dzień mamy jechać porannym pociągiem do miejscowości Riglos, by obejrzeć dochodzący do 200-300 m wysokości masyw skalny. Położony na przedmieściach Saragossy nowy dworzec kolejowy przypomina terminal lotniczy. Odprawa, prześwietlanie bagażu, uzbrojeni kontrolerzy. Pech chciał, że na podziwianie uroków masywu Riglos zdecydowało się jeszcze kilkudziesięciu miejscowych kolarzy. Widok tylu rowerów na raz wywołuje popłoch wśród obsługi pociągu. W trosce o komfort podróżowania pozostałych (sześciu!) pasażerów, zostajemy zatrzymani na peronie. Następny pociąg będzie za 8 godzin. Przy naszym napiętym planie tak duża strata nie wchodzi w rachubę. Jakimś cudem docieramy autobusami w interesujący nas rejon Aragonii. Niestety na przeprawę górskimi drogami do skał Riglos nie mamy już czasu.



Aragonia - pierwsze zamki i stare miasteczka

Uncastillo.
Kolejne dni to przede wszystkim piękne miasteczka i oryginalne zamki: Sádaba, Uncastillo, Sos del Rey Católico, Javier, Sangüesa, Olite, Artajona, Puente la Reina i wreszcie Pampeluna - miasto słynące z pogoni, a raczej ucieczki przed bykami wypuszczanymi w wąskie uliczki prowadzące na arenę korridy. Mając ciągle w pamięci doświadczenia z Saragossy, na stację kolejową w Pampelunie wjeżdżamy z dużym niepokojem. Chcemy jechać do Burgos mając po drodze 2-minutową przesiadkę. Tłumaczymy kasjerowi, o jakie połączenie nam chodzi, po czym pytamy, czy pociągi są skomunikowane i czy przesiadka będzie możliwa. Kasjer spokojnie odpowiada: todo es possible - czyli "wszystko jest możliwe", po czym drukuje bilety i przybija na nich pieczątki. Siadamy na ławkę przy rowerach i oglądamy nasze bilety odczytując treść pieczątki: "pasażer został poinformowany, że połączenie nie jest skomunikowane". Po plecach przechodzi nam zimny dreszcz. Na szczęście na strachu się kończy.



Kastylia - kwintesencja średniowiecznej Hiszpanii

Zamek w Ampudii.
W Burgos oglądamy jedną z największych i najpiękniejszych w Hiszpanii katedr. Następnego dnia na dobre wkraczamy do Kastylii. Kraina, która tak nas kiedyś przestraszyła swoimi wysokościami, okazuje się dość łagodnym płaskowyżem. Co jakiś czas przeskakujemy tylko z jednego poziomu na drugi, a długie zjazdy i podjazdy przeplatają się z równinami. Potwierdzają się również informacje o dużych amplitudach temperatur: w dzień jest ponad 30°C, w nocy blisko zera. Uderza też spora rozbieżność między czasem astronomicznym, a urzędowym. O godzinie 6 rano jest głęboka noc, słońce góruje dopiero po 14, a zachodzi tuż przed 22.
Kastylia to kwintesencja średniowiecznej Hiszpanii. Prawie przy każdej drodze stoi tablica z napisem Ruta de los Castillos, czyli szlak zamków. Olbrzymie zamki w niesamowitej, niczym nie zmąconej scenerii, towarzyszą nam przez kilka następnych dni. W pięknych, surowych katedrach dochodzący z głośników cichy śpiew chorałów gregoriańskich wiedzie nasze myśli w odległe czasy. Nic dziwnego, że wjeżdżając do miast, czujemy się trochę jak rycerze powracający z wyprawy przeciwko Maurom. W Salamance, Segovii i Ávili co jakiś czas mijamy większe grupy turystów. Natomiast pozostałe miasteczka świecą zupełnymi pustkami. Do tego jeszcze przepiękne, dzikie krajobrazy i panująca wokół cisza.



Spotkanie z sępami

Groźne chmury znad Samosierry.
W Europie jest niestety coraz mniej miejsc, gdzie można obserwować dzikie gatunki zwierząt żyjące w naturalnych, nie tkniętych ludzką ręką ekosystemach. Wielkie ptaki szybujące bez ruchu na szeroko rozpostartych skrzydłach zawsze były dla mnie symbolem niedoścignionej wolności i dumy. Tym bardziej intrygowała mnie informacja, że w niektórych rejonach Hiszpanii żyją kolonie sępów płowych. Zacząłem nawet rozmyślać, czy uda nam się je gdzieś zaobserwować, a może nawet sfotografować. Życie pokazało, że potrafi realizować najbardziej zdumiewające scenariusze.
Od rana jedziemy rozległym płaskowyżem. Pogoda raczej nas nie rozpieszcza. Nad pobliskim pasmem Somosierry kłębią się groźnie wyglądające siwe chmury, z których co jakiś czas popaduje drobny deszczyk. Jedziemy dłuższy czas bez odpoczynku obawiając się, że któraś kolejna mżawka przerodzi się w prawdziwą ulewę. Ostatnie dni dostarczyły nam mnóstwo wrażeń, ale też nie szczędziły deszczu, więc obawy są uzasadnione. Pokonując dość monotonną trasę wracam myślami do niezwykłego miasteczka Pedraza, które odwiedziliśmy przed południem.
Rynek w Pedrazie.
Licząca niespełna 500 mieszkańców Pedraza ulokowana jest na stromym, skalnym wyniesieniu wcinającym się w soczyście zieloną dolinę wyżłobioną przez rzekę Río Cega. Miasta strzegą kamienne mury oraz pokaźny zamek, a do środka prowadzi tylko jedna, wąziutka brama. Wjeżdżając tamtędy do miasta odnieśliśmy wrażenie, jakbyśmy przejechali przez bramę czasu. Jedno mrugnięcie okiem i nagle znaleźliśmy się w średniowieczu. Kręte, kamienne uliczki biegnące pośród rzędów ceglanych domów, kute szyldy wiszące na stalowych łańcuchach nad witrynami sklepów i próchniejące, drewniane wrota zamykające podwórza kamienic. Wyłożony polnymi kamieniami Plaza Mayor, czyli rynek główny, otaczały stare szlacheckie rezydencje z drewnianymi podcieniami. Niezwykłości temu miejscu dodawała panująca wkoło niczym nie zmącona cisza. Żadnych samochodów ani spieszących się ludzi, tylko błogi spokój.
Sępy walczące o padlinę.
Jadę tak jeszcze chwilę zastanawiając się nad odległymi dziejami królestwa Kastylii, gdy nagle moje rozmyślania przerywa jakiś obiekt przelatujący tuż nad naszymi głowami, lądując za pobliskim wzniesieniem. Zatrzymujemy się patrząc na siebie z niedowierzaniem. Co to mogło być? Wtem widzimy kolejne, jak się okazuje - ptaszysko, kierujące się w tą samą stronę, co pierwsze. Zsiadamy z rowerów i zaczynamy obserwację niezwykłego zjawiska. Regularnie, co kilkadziesiąt sekund, na horyzoncie pojawiają się kolejne ptaszyska, wyglądające jak wielkie bombowce wracające po udanym ataku. Zniżając powoli lot, prześlizgują się dosłownie kilka metrów nad nami, zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Naliczyliśmy ich prawie dwadzieścia. Teraz mamy już całkowitą pewność, że to sępy płowe, które wyznaczyły sobie spotkanie tuż obok szlaku naszej wędrówki. Delikatnie wyjmuję z torby aparat i zakładam teleobiektyw. Wykorzystując liczne kępy krzaków skradam się w kierunku wzniesienia, za którym zniknęły sępy. W miarę zbliżania się narastają we mnie emocje i czuję coraz mocniejsze bicie serca. Tymczasem zza wzniesienia powoli zaczynają wyłaniać się charakterystyczne sylwetki ptaków. Kilka z nich siedzi dumnie, równym rzędem na skraju łąki ze spokojem obserwując okolicę. Pozostałe toczą walkę o jakiś ochłap leżący w trawie. Z odległości kilkunastu metrów mogę obserwować niezwykłe tańce bojowe i prawdziwą walkę na skrzydła, dzioby i pazury. Ten widok na trwałe zapada w mojej pamięci będąc jedną z najbardziej niesamowitych przygód, jakie udało mi się przeżyć w Hiszpanii.



Madryt - powrót do cywilizacji

Porta de Europa
dwa nachylone ku sobie wieżowce.
Nic dziwnego, że przyjazd do Madrytu jest dla nas szokiem. Wychodzimy z dworca kolejowego wprost na zatłoczoną arterię: trzy pasy w jedną stronę, trzy w drugą i jeszcze dodatkowe dla autobusów i taksówek. Decyzja jest szybka - ruszamy tym dla autobusów. Czujemy się trochę nieswojo wśród ryku silników, mijając okazałe gmachy przy betonowych placach. Bardzo miłe są za to rozmowy z mieszkańcami i turystami, którzy często nas zagadują. Turystyka rowerowa nie jest w Hiszpanii zbyt popularna, więc wzbudzamy duże zainteresowanie. Jest okazja, do przekazania naszym rozmówcom podstawowych informacji o Polsce i Gdańsku. Rozdajemy też sporo broszur turystycznych.
Madryt opuszczamy z nadzieją na spotkanie Don Kichota. Naszym następnym celem jest La Mancha. Na miejscu okazuje się, że po Don Kichocie wszelki słuch zaginął. Są natomiast wiatraki, niektóre bardzo zniszczone. Może Don Kichot jednak tędy przejeżdżał ścierając się z nimi w nierównej walce... Mija siedemnasty dzień od przylotu do Barcelony. Uświadamiamy sobie, że nasza wyprawa powoli dobiega końca. Oznacza to również, że zbliżamy się do punktu kulminacyjnego - wjazdu na Pico del Veleta.



Sewilla, Cordoba - robi się cieplej

To było dość ciepłe popołudnie.
Nocnym autobusem przemieszczamy się na południe kraju, do Sewilli. Zaczynają się wielkie upały, wszak lato jest równie blisko, jak Afryka. Sewilla, godzina 4 w nocy - temperatura 26°C, Cordoba, słońce w zenicie - na ulicznym zegarze 45°C. Padamy, nic nam się nie chce. Chwilę wytchnienia daje zwiedzanie Mezquity - pięknego meczetu przebudowanego na katedrę, gdzie w sposób niezwykły sztuka arabska przeplata się z europejską. Szukamy jakiegoś ukrycia przed lejącym się z nieba skwarem. Ale ten skwar szybko nie ustanie, przecież poprzedniej nocy temperatura spadła tylko do 26°C.



Alhambra - rzeczywistość przerosła oczekiwania

Misterne zdobienia na ścianach Alhambry.
Następnego dnia docieramy do Granady. Miasto leży znacznie wyżej od Sewilli i Cordoby i czasami daje się odczuć powiew świeżego powietrza z pobliskich gór Sierra Nevada. To Pico del Veleta nas wzywa. Patrząc na olbrzymie pasmo górskie dociera do nas, na co się porywamy. Ale to dopiero jutro, a dziś mamy w planie Alhambrę.
Kierujemy się na wzgórze, z którego Alhambra majestatycznie spogląda na miasto. Nie jesteśmy do końca pewni, czy uda nam się kupić bilety bez wcześniejszej rezerwacji, ale po raz kolejny przekonujemy się o zaletach wyjazdu przed szczytem sezonu turystycznego. Bilet obejmujący zwiedzanie pałacu, twierdzy Alcazaba oraz ogrodów Generalife kosztuje 10 €, a do wejścia mamy 5 godzin. W sam raz by pojechać na przeciwległe wzgórze ze starą, arabską dzielnicą Granady - Albaicín, skąd z placu o nazwie Mirador de San Nicolás rozciąga się niezapomniany widok Alhambry. Wprawdzie surowe fortyfikacje otaczające rezydencję nie zdradzają wspaniałości sal, dziedzińców i ogrodów ukrytych za ich murami, ale widok Alhambry z górami Sierra Nevada w tle jest imponujący. Nadarza się też okazja, by końcówkę naszego rajdu uczcić dobrym obiadem w restauracji serwującej lokalne potrawy. Zamawiamy gazpacho, słynną zupę-chłodnik o kremowej konsystencji, popularną zwłaszcza w upalne dni, na drugie habas a la rondeña, czyli bób z suszoną szynką. Ale daniem dnia okazuje się hiszpański przysmak o nazwie rabo de toro, czyli po prostu ogon z byka. Ogon ów przypomina kształtem szyjkę kurczaka, tyle że w znacznym powiększeniu, a mi przypadają w udziale dwa kręgi, z których daje się wyskubać niewielkie ilości mięsa. Posileni lokalnymi przysmakami wracamy podziwiać olśniewające wnętrza Alhambry. Cudownej gry światła, wody i bogactwa misternie rzeźbionych dekoracji nie sposób opisać słowami. O zwiedzeniu tego pięknego pałacu marzyliśmy od dawna. Rzeczywistość przerasta nasze oczekiwania. Dla takich miejsc warto wyruszać w świat.
Gazpacho, habas a la rondeña i rabo de toro.
Z góry, na której stoi Alhambra, zjeżdżamy już po godzinie 20. Wiemy, że aby sukcesem zakończyć jutrzejszy atak na "pico", musimy zostawić gdzieś nasze bagaże. Najwłaściwszym do tego miejscem wydaje się kemping. Niestety w Granadzie jest tylko jeden, po przeciwnej stronie miasta, skąd do szczytu jest prawie 60 km. To trochę daleko, zwłaszcza że nie mamy zamiaru przebijać się rano przez zatłoczone miasto. Zatrzymujemy się w jakiejś bocznej uliczce nie wiedząc, czy ruszać w stronę gór z nadzieją, że znajdziemy nocleg po drodze, czy wracać do miasta. W pewnym momencie podjeżdża do nas dwóch kolarzy, którzy doskonale znają okolicę. Tłumaczą nam dokładnie, jak dostać się do górskiego kempingu w miejscowości Güéjar Sierra. Przy okazji dowaidujemy się, że na Veletę prowadzą dwie drogi. Nowa, szeroka, ładnie profilowana i o równym nachyleniu, wybudowana do ośrodka narciarskiego Solynieve oraz stara droga, wąska, kręta i bardzo stroma. Kemping, na który jedziemy, leży właśnie przy tej starej drodze.



La carretera más alta de Europa, czyli wjazd na Pico del Veleta (3392 m n.p.m.)

Rozpoczynamy podjazd na Veletę.
Dojazd do kempingu w Güéjar Sierra przybliża nas do Velety o kilkanaście kilometrów w poziomie i 400 metrów w pionie. Następnego dnia mamy zatem do pokonania 41 km z przewyższeniem 2350 m. Z kempingu plaujemy wyjechać bardzo wcześnie, ale zmęczenie z poprzednich dni i ciemności panujące o godzinie 6 sprawiają, że ostatecznie startujemy o 7:45. Bagaże deponujemy w recepcji zabierając tylko ciepłe ubrania oraz jedzenie na drogę. Ponieważ dotąd żadne z nas nie było na wysokości przekraczającej 2800 m, więc z lekkimi obawami zaczynamy przypominać sobie informacje nt. choroby wysokościowej, o których czytaliśmy przed wyjazdem. Płytki oddech, ból w klatce piersiowej, nudności, pierwsze objawy mogą pojawiać się nawet na wysokości 1500 m, jednak zazwyczaj zaczynają się po przekroczeniu 3000-3500 m n.p.m. Tymczasem nasza droga opuszcza dolinę potoku Genil i zaczyna ostro trawersować po zboczu. To chyba ten odcinek, o którym opowiadali szosowcy. Średnie nachylenie wynosi 13-15%, a wąziutki asfalt wije się w górę zakręcając co chwila o 180°. Najgorsze są zakręty w prawo, kiedy po małym łuku należy błyskawicznie przeskoczyć na wyższy poziom drogi. Czasami mam wrażenie, że za chwilę przednie koło oderwie się od ziemi. Jedziemy tak kilka kilometrów z prędkością 4-5 km/h. Po jakimś czasie czuję, że gubię oddech i zaczynają mnie boleć płuca. Jesteśmy dopiero na wysokości 1500 m n.p.m. a ja już mam objawy przypominające chorobę wysokościową? Jadę jakiś czas cicho nie zdradzając się przed żoną. Na szczęście okazuje się, że to tylko zwykła zadyszka, która mija na pierwszym wypłaszczeniu, gdzie robimy sobie krótki odpoczynek zjadając kanapki z kremem czekoladowym.
Na tej wysokości nie ma już ani drzew, ani krzaków.
Po przejechaniu ok. 20 km od kempingu docieramy do głównej drogi prowadzącej na szczyt Velety. Nachylenie podjazdu łagodnieje do 6-7%. Wkrótce w oddali, widzimy cel naszej wędrówki. Charakterystyczną, ściętą od wschodu sylwetkę Velety rozpoznajemy dzięki zdjęciom, które przed wyjazdem oglądaliśmy w Internecie. Jedziemy rozległym grzbietem podziwiając wspaniałe wysokogórskie widoki. Po każdych 250 m wzniesienia stoi tabliczka informująca o aktualnej wysokości nad poziomem morza. Mijają kolejne godziny, a my wciąż jedziemy, ciągle pod górę bez choćby kawałka wypłaszczenia.
Na 31 kilometrze drogę zagradza szlaban. To znak, że do szczytu pozostało ostatnie 10 km. Ten odcinek jest już zamknięty dla samochodów, mijamy za to, co jakiś czas, nieliczne grupki piechurów. Krajobraz staje się bardziej surowy, a w asfalcie pojawiają się bruzdy i nierówności. Na tej wysokości nie ma już drzew, ani nawet krzaków. Jedynie pokruszone skały porośnięte mchami i trawą. Na okolicznych zboczach widać łachy śniegu, którego trochę obawialiśmy się przed wyjazdem. Czytaliśmy, że droga na szczyt jest niedostępna przez większą część roku. Nam na szczęście dopisuje pogoda, ale mimo przygrzewającego słoneczka robi się coraz chłodniej i musimy ubrać polary. Droga znów jest wąska i miejscami bardzo stroma, a urwiska za jej krawędzią nie chronią żadne barierki.
Veleta zdobyta.
Kilometr przed szczytem asfalt zamienia się w kamienisty szuter. Zatrzymujemy się na chwilę, by pstryknąć sobie zdjęcie na tle ośnieżonych 3-tysięczników w głównym paśmie Sierra Nevada. W pewnym momencie mija nas kolarz, który na nasz widok przyjmuje postawę zdecydowanie obojętną, nie dając się nawet pozdrowić. Wkrótce i my wskakujemy na rowery ruszając za szosowcem. Za następnym zakrętem widzimy, jak okrutnie męczy się klucząc między kamieniami. Robi nawet ruch, jakby chciał zejść z siodełka i prowadzić rower, jednak widząc za swoimi plecami dziewczynę i sakwiarza twardo mielących pod górę, unosi się honorem i nie daje za wygraną.
Pico del Veleta 3392 m n.p.m.
Na szczęście po kilkuset metrach docieramy do litej skały i kończymy remisowo tą rywalizację. Zgodnie zarzucamy nasze rowery na plecy i tak pokonujemy ostatnie sto metrów wspinaczki. Na szczycie ogarnia nas niezwykłe uczucie dumy, radości i satysfakcji. Wiemy, że w Europie już wyżej wjechać się nie da! Zapisuję podstawowe statystyki z licznika: dystans 41,3 km, średnia prędkość 7,5 km/h. Podjazd zajął nam 8 godzin, w tym 5 i pół godziny efektywnego czasu jazdy. Jadąc bez przerwy pod górę, pokonaliśmy przewyższenie wynoszące 2350 metrów. Tego dnia na Pico del Veleta wjechało oprócz nas jeszcze pięciu kolarzy, a Justyna była jedyną kobietą w tym zacnym gronie.

Z Velety zjeżdżamy późnym popołudniem. Na kempingu czeka na nas gorący prysznic. Potem nocny autobus do Madrytu, następnie do Barcelony. Chwila oczekiwania na samolot i po dwudziestuparu godzinach, od zdobycia Velety, jesteśmy w Krakowie.

Jeszcze nigdy tak bardzo nie żałowałem, że wracam do domu.
Hiszpania była naszym najbardziej udanym rajdem i mógłbym tam rowerować całymi miesiącami.


Remigiusz Kitliński

© Przemysław Remigiusz Kitliński 2006-2016