| |

Gruzińskie trzy po trzy - taką nazwę dla naszej wyprawy wymyślił Tomek. Nic by jednak ten pomysł dla nas nie znaczył, gdyby nie Monika, która po długich bojach internetowo-lotniskowych wyszukała komplet biletów do Tbilisi w cenie, która nie dała nam ani chwili na zastanowienie. Nasze obawy wzbudzał jedynie termin wyjazdu, choć tak po prawdzie, to za bardzo nie mogliśmy go zaplanować. Wzięliśmy pierwszy wolny, po czym szczęśliwie się okazało, że w październiku kaukaskie przełęcze bywają jeszcze otwarte. Aby trzy po trzy było prawdziwym trzy po trzy, do akcji musieli jeszcze wkroczyć Nowaczykowie. I nie zawiedli po raz kolejny, choć trzeba przyznać, że dołączyli do naszego peletonu w zasadzie już w biegu.
Tym samym stała się rzecz nie mająca precedensu w udokumentowanej historii polskiego sakwiarstwa. Na jednej wyprawie spotkały się trzy rowerowe rodzinki. Każda rodzinka miała po jednym tatusiu, jednej mamusi i jednej córce. Każda córka miała pluszaka, a jedna dodatkowo nocnik. Każda mamusia i każdy tatuś zapakowali się w jedną parę sakw, a każda z trzech córek w jedną z trzech przyczepek. Potem trzy rodzinki po trzy osoby w każdej wyruszyły pod taką jedną przełęcz. A dlaczego tylko pod jedną? Bo pod drugą się już nam nie udało. Spytacie pewnie: I co w tym takiego bezprecedensowego?. Jak to co? Byliśmy lepsi niż emes. O nim to tylko mówią, że mu się nie uda, a nam nie udało się naprawdę! I tylko kwestią czasu pozostaje, gdy napiszemy o sobie: To nie udało się naprawdę. A jak już to napiszemy, to będziemy lepsi, niż emes i Duszaki razem wzięci.
Smaczku naszej wyprawie dodał jeszcze udział w przedsięwzięciu niejakiego Jakuba. Z Jakubem ostatni raz widziałem się piętnaście lat temu, a tak ogólnie, to widziałem się z nim dwa razy w życiu. Jakub był moim kumplem z wakacji, rzecz jasna z wakacji na dwóch kółkach, tyle, że tych przez duże "wu" i pod patronatem III Programu PR. Stare czasy by się rzekło. I oto po tych piętnastu latach postanowił Jakub znów się ze mną przejechać rowerem. A że akurat mieliśmy być w Gruzji, gdzie on akurat dowodził ekipie sprytnych Azerów lejących beton na autostradzie, sprawa się nam ułożyła. Ułożyła się jednak pozornie. Najpierw miał Jakub dotrzeć do Szatili, ale mu się nie udało, potem miał dotrzeć do Wardzii, ale znów mu się nie udało. Ostatecznie miał dotrzeć na cztery ostatnie dni wyprawy z Achalkalaki do Tbilisi. I gdy już mu się to udało, to jednak znów się nam nie udało - do Tbilisi dotarliśmy już po dniach trzech, a nie czterech. |
|