strona główna      o nas      co nowego      statkol      linki      księga gości
Ranking noclegów

średnia ocena: 8,0/23 pkt.

Justyna: 6,5 pkt., Remi: 7,7 pkt., Bartek: 8,2 pkt., Łukasz: 8,8 pkt., Tomek: 8,6 pkt.


O naszych noclegach we Włoszech można powiedzieć tyle, że były bezpieczne, a znalezienie placu pod namiot nie przysparzało zbyt wielu trudności. Niestety miejsca naszego spoczynku nie odznaczały się jakimiś szczególnymi walorami krajobrazowymi i na ogół brakowało wody do mycia.

 

1. Na plaży nad Morzem Tyrreńskim koło Ladispoli (1 m n.p.m.)

13,2/23 pkt.: Justyna-13, Remi-13, Bartek-13, Łukasz-13, Tomek-14

 

Noclegi na plaży to chyba najlepsza forma wypoczynku. Pod plecami miękki piasek, morze na wyciągnięcie ręki i kojący do snu szum fal. Same zalety, o ile śpimy w miejscu zacisznym, z dala od ludzkich oczu. Nam akurat nie chciało się przebijać przez piaski i rozłożyliśmy się pod płotem placu z kamperami, czy też wyporzyczalni sprzętu pływającego. Wieczorem wskoczyliśmy na fale, które były całkiem pokaźne, a chłopaki wyruszyli w kierunku miasta. Oficjalnie poszli tam opłukać sól z pleców, ale do końca ta ja nie jestem pewien, co tam porabiali.

 

2. Przy opuncjach koło miasteczka Bomarzo w Lacjum (180 m n.p.m.)

12,4/23 pkt.: Justyna-13, Remi-13, Bartek-13, Łukasz-13, Tomek-10

 

Niedaleko miasteczka Bomarzo udało nam się znaleźć miejsce na nocleg, bardzo atrakcyjne pod względem widokowym i kulinarnym. Skarpa ziemi, oddzielająca nasze obozowisko od drogi, zarośnięta była kaktusami opuncji, obsypanymi dorodnymi owocami. Bartek z Łukaszem bez namysłu przystąpili do ryzykownej konsumpcji, co z resztą przypłacili masowym pokłuciem języka i dziąseł. Z kolei ja i Justyna rozbiliśmy nasz namiot między dwoma oliwkami rosnącymi na brzegu urwiska, mając malowniczy widok na rozległą dolinę, z kamiennym miasteczkiem usytuowanym na sąsiednim wzgórzu.

 

3. W ogródku babci Fabio w Lodi na Nizinie Padańskiej (70 m n.p.m.)

11,4/23 pkt.: Justyna-8, Remi-10, Bartek-14, Łukasz-14, Tomek-11

 

Fabio był najbliższym współpracownikiem Justyny we włoskim oddziale firmy spedycyjnej, w której oboje pracowali. Gdy Justyna organizowała transporty na trasie Polska - Włochy i z powrotem, zawsze po drugiej stronie słuchawki siedział Fabio. Nasz wyjazd do Włoch stał się więc okazją do poznania tajemniczego Fabio i obejrzenia włoskiego oddziału firmy. Fabio szczególną gościnnością nie grzeszył, ale miejsce na namioty w ogródku swojej babci nam załatwił. Niestety wody tam nie uświadczyliśmy i w celach higienicznych odbyliśmy wieczorną wędrówkę do oddalonego o 2 km centrum sportowego z prysznicami pod gołym niebem.

 

4. Przy drodze na Passo dello Stelvio koło Trafoi w Alpach (1590 m n.p.m.)

10,8/23 pkt.: Justyna-7, Remi-10, Bartek-12, Łukasz-11, Tomek-14

 

Podjazd na przełęcz Stelvio chcieliśmy zrobić jednym rzutem, ale szło nam to bardzo ślamazarnie. W efekcie, już w połowie drogi należało się rozglądać za miejscem na nocleg. W sercu Alp nie było to zbyt łatwe. Dopiero za miejscowością Trafoi przy samej szosie znajdowało się trawiaste lądowisko dla helikopterów. Długo debatowaliśmy, czy wolno nam zająć miejsce przeznaczone dla śmigłowców, aż ostatecznie spoczęliśmy obok, na łagodnym zboczu. Nocleg ten doczekał się bardzo zróżnicowanych ocen: jedni docenili widok na okalające góry, innym przeszkadzała bliskość szosy i lądowisko, zaburzające sielankowy charakter okolicy.

 

5. Przy zamku Castelbello z duchem w Dolinie Venosty (600 m n.p.m.)

9,6/23 pkt.: Justyna-6, Remi-9, Bartek-11, Łukasz-11, Tomek-11

 

Wybierając na nocleg tak nietypowe miejsce chcieliśmy upewnić się, że za chwilę nikt nas stamtąd nie wygoni. Zapukaliśmy więc do pobliskiego domku, z którego wiodła wydeptana ścieżka pod same wrota zamku. Po chwili wyszedł do nas staruszek ubrany w mundur, z brodą sięgającą niemalże do pasa. Jak większość mieszkańców Południowego Tyrolu posługiwał się językiem niemieckim. Z wypowiedzi staruszka jasno wynikało, że jest on duchem na miejscowym zamku. Wiadomość ta lotem błyskawicy obiegła całą naszą ekipę. Dziadek tymczasem przyniósł z domu stary album pokazując nam swoje fotografie z wojska. Służył w.... Przemyślu. Rany, przecież to musiało być jeszcze pod zaborami. Teza, że jest duchem znacząco się uprawdopodobniła!

 

6. Na boisku przy gospodarstwie agroturystycznym w Lidarno k./Perugii (200 m n.p.m.)

9,2/23 pkt.: Justyna-7, Remi-10, Bartek-10, Łukasz-8, Tomek-11

 

Jeden z nielicznych noclegów, który uzgadnialiśmy z właścicielem terenu. Dzięki temu otrzymaliśmy dostęp do bieżącej wody przy budynku gospodarczym, co umożliwiło nam wzięcie wieczornej kąpieli.
Łukasz z Bartkiem spożywali na kolację bardzo specyficzny produkt o nazwie ser wędzony (jeszcze z polskich zapasów). W hermetycznym, foliowym opakowaniu z sera właściwego oddzieliła się spora ilość brunatnego płynu. Konsumpcji poddano jedynie zawartość stałą opakowania, a płyn ulano w bezpiecznej odległości od namiotów. Obaj degustatorzy przeżyli i po dzień dzisiejszy miło wspominają tamtą kolację.

 

7. W winnicy koło miasta Soave na Nizinie Padańskiej (30 m n.p.m.)

8,6/23 pkt.: Justyna-7, Remi-8, Bartek-9, Łukasz-11, Tomek-8

 

Jeden z pierwszych noclegów we Włoszech postanowiliśmy spędzić między krzakami winogron. Winnice koło Soave ciągnęły się całymi kilometrami stanowiąc dla nas idealne schronienie. Jednak by nikt z okolicznych mieszkańców nie zauważył naszego manewru, opracowaliśmy szczegółowy plan niepostrzeżonego opanowania winnicy. Jechaliśmy powoli drogą, a gdy ta opustoszała, na dany sygnał, wszyscy momentalnie skręcili między szpalery winogron. Trwało to zaledwie kilka sekund i wszyscy skryliśmy się w gęstwinie. Przed snem spożyliśmy nieco witamin, a noc spędziliśmy pod gołym niebem.

 

8. Łąka przy winnicy koło miasta Rubiera na Nizinie Padańskiej (50 m n.p.m.)

8,6/23 pkt.: Justyna-8, Remi-10, Bartek-9, Łukasz-6, Tomek-10

 

Pamiętny nocleg obok winnicy pełnej dojrzałych winogron. Trzeba przyznać, że nie mogliśmy się powstrzymać, uszczuplając przyszłe zbiory o kilka(..) dorodnych gron.

 

8. Pole biwakowe z wanną przed Tirano (500 m n.p.m.)

8,6/23 pkt.: Justyna-6, Remi-10, Bartek-8, Łukasz-9, Tomek-10

 

Po szczęśliwym zdobyciu najwyższego punktu na naszej trasie, czyli Passo dello Stelvio, spokojnie turlaliśmy się w dół, w kierunku miasteczka Tirano. Już na jego przedmieściach, w parku ciągnącym się wzdłuż rzeki, miejscowi spacerowicze wskazali nam niewielkie pole biwakowe. Najciekawszym elementem tego pola był spory, betonowy zbiornik na wodę, który doraźnie wykorzystałem jako wannę. Nadmieniam od razu, że byłem jedynym odważnym, który nie bał się zanurzyć w porośniętej glonami misie. Pozostali członkowie ekipy wzięli kulturalnie kąpiel pod pobliskim kranikiem.

 

10. Suche pole przed Sieną w Toskanii (270 m n.p.m.)

7,6/23 pkt.: Justyna-6, Remi-7, Bartek-7, Łukasz-10, Tomek-8

 

San Gimigiano było jednym z najpiękniejszych toskańskich miasteczek. Przemierzaliśmy kamienne uliczki, zadzierając co chwilę oczy, w podziwie dla niezwykłych, średniowiecznych budowli. Tuż przed wyjazdem z miasta okazało się, że w grupie brakuje Łukasza. Nie byliśmy tym szczególnie zaskoczeni, gdyż gubienie się przychodziło Łukaszowi z niebywałą łatwością. Najprostszym wyjściem z takiej sytuacji jest zazwyczaj kontakt telefoniczny. Wszakże wszyscy, obowiązkowo zabraliśmy ze sobą komórki. Niestety Łukasz, jak to Łukasz, komórkę owszem zabrał, ale rozładowaną. Poczekaliśmy zatem kilkanaście minut, a gdy ten nie pokazywał się, została uruchomiona procedura zagubieniowa. Część ekipy pozostała na miejscu, a pozostali wrócili się do punktu, gdzie ostatni raz się widzieliśmy. Niestety kolejne pół godziny poszukiwań nie dało rezultatu i wtedy przystąpiliśmy do bardziej zmasowanych działań. Podzieliliśmy się na grupy i rozpoczęliśmy regularne przetrząsanie niewielkiego miasteczka. Jeszcze raz przemierzyliśmy po kolei wszystkie uliczki wypatrując kompana. Gdy jednak i to nie przyniosło rezultatu, zaczęliśmy się poważnie martwić. Stało się jasnym, że albo Łukasza nie ma od dawna w mieście, albo został porwany dla okupu. Ponieważ druga ewentualność była równie nieprawdopodobna, jak to, że Łukasz sam się odnajdzie, nalegałem by jechać dalej, uważnie rozglądając się na boki. W tajemnicy mogę zdradzić, że Karpiu i Lider, którzy dzielili z Łukaszem jeden namiot, byli dość pozytywnie nastawieni do perspektywy poszerzenia przestrzeni spoczynkowej. Jednak Łukasz, cwana bestia, przezornie woził w swoim bagażu pałąki od wspomnianego namiotu. I właśnie brak tego elementu konstrukcyjnego determinował chłopaków do intensywnych poszukiwań. Bez Łukasza nie było mowy o zorganizowaniu jakiejkolwiek przestrzeni spoczynkowej. Nagle, gdy tak rozmyślaliśmy, gdzie kto i jak będzie mógł się wyspać, zabrzęczała Karpiowa komórka. Gdy na wyświetlaczu pojawił się sms od Łukasza wszyscy zamarli, z nadzieją oczekując na treść wiadomości. Jestem w Cole di, brzmiała. Co to u licha znaczy, nikt nie wiedział za bardzo, o co chodzi. A jednak był to najbardziej treściwy sms, jakiego kiedykolwiek czytałem. Uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem: Wsiadajcie, jedziemy do Łukasza.
Potem okazało się, że po zgubieniu, Łukasz mocno się wystraszył. W końcu to było jego czwarte zgubienie w ciągu pięciu dni. Był pewny, że tym razem nie puścimy mu tego płazem i pojedziemy dalej. Wydobył z sakwianych czeluści plan rajdu i w pogoni za nami, popędził do kolejnego miasta na trasie. Gdy tam zorientował się, że nas nie ma, wystawił na słońce rozładowaną komórkę. Siedząc zdenerwowany na głównym placyku w mieście pocieszał się: nie mogą mnie tak po prostu zostawić, w końcu mam pałąki od wspólnego namiotu. Po paru godzinach mógł wysłać krótkiego sms-a. Pełna nazwa miasta brzmiała wprawdzie Cole di Val d'Elsa, ale Łukasz bał się, że zanim napisze całość, komórka znów się rozładuje.

 

11. Nad kanałem w Selvazzano Dentro koło Padwy (15 m n.p.m.)

7,2/23 pkt.: Justyna-6, Remi-6, Bartek-7, Łukasz-9, Tomek-8

 

Był to nasz pierwszy nocleg na Ziemi Włoskiej. Główny problem stanowiła dla nas aklimatyzacja do szalejących wówczas upałów. Jeszcze po zmroku miejskie termometry wciąż wskazywały grubo ponad dwadzieścia stopni Celsjusza. Wobec takich warunków postanowiliśmy spać przed namiotami, pod gołym niebem. Niestety przypłaciliśmy to licznymi pogryzieniami przez komary, które miały siedzibę w pobliskim kanale. Rano Łukasz borykał się ze zmasowanym atakiem mrówek na resztki jedzenia pozostawione po kolacji.

 

12. Przy pryzmie słomy przed Pienzą w Toskanii (395 m n.p.m.)

7,0/23 pkt.: Justyna-8, Remi-6, Bartek-7, Łukasz-7, Tomek-7

 

Wkrótce po rozbiciu namiotów tuż przy wielkiej pryźmie słomy, Lider zaczął odpalać swoją kuchenkę gazową. Już sam fakt, że robił to tak blisko łatwopalnej słomy, wzbudzał poważne zastrzeżenia. Jednak gdy ujrzeliśmy pokaźne płomienie wydobywające się przez otwory boczne palnika, w popłochu umknęliśmy w pobliskie krzaki. Tymczasem Lider intensywnie manipulował przy zapchanym palniku, mając zapewne na końcu języka smak swej zupki chińskiej. Po dogłębnym sprawdzeniu wnętrza palnika, za sprawcę eksplozji uznano żuka, który wlazł do środka tracąc życie w płomieniach.

 

13. Polana na zboczu Wezuwiusza (205 m n.p.m.)

7,0/23 pkt.: Justyna-7, Remi-6, Bartek-6, Łukasz-9, Tomek-7

 

Nocleg na zboczu Wezuwiusza był elementem naszego nieudanego rowerowego ataku na szczyt. Zgodnie z mapą, na wulkan prowadziły dwie drogi. Niestety drogę z Pompejów, którą podążaliśmy, w pewnym momencie przegradzała brama i wysoki płot ciągnący się wzdłuż zbocza. Wobec takiego obrotu sprawy cofnęliśmy się do pobliskiego Ercolano, skąd na górę udaliśmy się autobusem. Sam przejazd autobusem też był nie lada atrakcją, gdyż przebiegał w iście południowowłoskim stylu. Kierowca pozdrawiał po drodze większość mijanych przechodniów, obtrąbił wszystkie jadące i większość stojących samochodów, a na zakrętach serpentyny wygrywał klaksonem dźwięczne melodyjki. Zanim wydostaliśmy się z miasta, musiał też wypychać jakiś samochód na jednej z wąskich uliczek. Na miejsce dotarliśmy cali i zdrowi.
P.S. Okolice Neapolu tradycyjnie usłane były tonami śmieci, a wokół wałęsały się hordy bezpańskich psów.

 

14. W sadzie za Certaldo w Toskanii (140 m n.p.m.)

6,8/23 pkt.: Justyna-4, Remi-9, Bartek-7, Łukasz-6, Tomek-8

 

Tego dnia mieliśmy w planie prawdzwy maraton pociągowy. O świcie wyruszyliśmy starą linią, prowadzącą przez góry, z Niziny Padańskiej do Florencji. Po zwiedzeniu miasta kolejny przeskok do Pizy, a stamtąd, wieczorem w głąb Toskani z przesiadką w Empoli. Plan napięty, ale wszystko szło zgodnie z grafikiem do czasu odjazdu z Pizy. O umówionej porze czekaliśmy z Justyną przed dworcem. Odjechał jeden pociąg, potem drugi, a reszty ekipy wciąż nie było widać. Gdy nieubłaganie zbliżała się godzina odjazdu ostatniego pociągu, na dworzec wpadł Lider z informacją, że Karpiowi przetarła się obręcz i właśnie finalizuje transakcję zakupu nowego koła w sklepie na przedmieściach. Kolejne minuty były bardzo nerwowe. Karpia, pędzącego w kierunku dworca zauważyliśmy, gdy pociąg oczekiwał na sygnał odjazdu. Z sakwami w zębach i rowerami pod pachą zapakowaliśmy się w ostatniej chwili do środka. Po przesiadce, z Empoli odjechaliśmy starym spalinowozem, w którym miły, starszy konduktor zagadywał pasażerów i śpiewnym głosem oznajmiał nazwy kolejnych stacji i stronę otwarcia drzwi. Nocowaliśmy w przydrożnym sadzie. Po ciemku nie byliśmy w stanie znaleźć nic innego.

 

15. Suche pole między San Marino a Rimini (20 m n.p.m.)

6,6/23 pkt.: Justyna-6, Remi-6, Bartek-5, Łukasz-9, Tomek-7

 

Nocleg w tym miejscu dał nam pojęcie, jaka wokół panuje susza. Ziemia na polu, gdzie rozbiliśmy namioty, była twarda jak kamień i cała spękana z braku wody. Większość pęknięć była tak głęboka, że mieścił się w nich metrowy kijek od naszej flagi. Musieliśmy uważać, by nie pogubić jakichś cennych drobiazgów w tych szczelinach.

 

16. Łąka koło winnicy przed Faenzą na Nizinie Padańskiej (20 m n.p.m.)

6,2/23 pkt.: Justyna-5, Remi-7, Bartek-6, Łukasz-5, Tomek-8

 

Zaletą miejsca była bujna trawa. Niestety wczesnym rankiem, gdy się zwijaliśmy, wszystko pokrywała jeszcze gruba warstwa rosy. Namioty mieliśmy kompletnie przemoczone, jednak na tym rajdzie nie miało to większego znaczenia, bo generalnie panowały solidne upały.

 

17. Chaszcze na Montecassino (490 m n.p.m.)

5,8/23 pkt.: Justyna-2, Remi-4, Bartek-7, Łukasz-10, Tomek-6

 

Po dziesięciokilometrowym podjeździe na Montecassino, w przelocie zwiedziliśmy zamykany właśnie klasztor, a następnie, już bez pośpiechu, słynny cmentarz wojenny. W zasadzie cały wierzchołek Montecassino jest zajęty pod te dwie budowle. Ciężko tam znaleźć jakieś ustronne miejsce na namiot. W akcie desperacji spoczęliśmy w krzaczorach obok lokalnego dzikiego śmietniska. Jedyną zaletą tej lokalizacji była możliwość zamknięcia na noc bramy, która grodziła jedyną drogę dostępu do naszego obozowiska. Dla pewności zamknięte wrota złączyliśmy przy pomocy zapięcia rowerowego.

 

18. Suche pole za gospodarstwem w Villanova sull' Arda na Nizinie Padańskiej (35 m n.p.m.)

5,4/23 pkt.: Justyna-7, Remi-6, Bartek-5, Łukasz-3, Tomek-6

 

Pole, na którym rozbiliśmy namioty znajdowało się za gospodarstwem dwojga starszych ludzi. Zanim uzyskaliśmy zgodę na zajęcie nieużytku, przeprowadziliśmy ze starszym małżeństwem zabawną rozmowę. Językiem obrazkowo-migowym, ze szczątkowym użyciem mowy, próbowaliśmy opisać potrzebę, która skierowała nas na to właśnie podwórze. Dziadek z babcią nawijali za to po włosku i tak sobie dłuższą chwilkę pokonwersowaliśmy.

 

19. Sucha łąka przy Strada Panoramica koło Pesaro (120 m n.p.m.)

5,2/23 pkt.: Justyna-6, Remi-4, Bartek-6, Łukasz-5, Tomek-5

 

Sucha trawa pochyły teren, mnóstwo mrówek i hałaśliwe psy za płotem. Wystarczyło się poruszyć, a te ujadały przez następną minutę. Coż, takich noclegów nie lubimy, ale czasem nie ma wyjścia i wtedy trzeba być twardkim.

 

20. Gaj oliwny w Spoleto w Umbrii (330 m n.p.m.)

5,2/23 pkt.: Justyna-5, Remi-4, Bartek-5, Łukasz-7, Tomek-5

 

Tym razem problem polegał na tym, że chcieliśmy nocować w mieście, by wczesnym rankiem zdążyć na pociąg. Jedynym ustronnym miejscem okazał się gaj oliwny położony przy pokaźnej posesji. Niestety cała posiadłość otoczona była kamiennym murkiem, a próby kontaktu z właścicielem spaliły na panewce. Nie było wyjścia i zupełnie nielegalnie przerzuciliśmy rowery i bagaże przez murek. Namioty ustawiliśmy w miejscu niewidocznym dla oka właściciela i z niedostatecznym poczuciem komfortu przetrwaliśmy do rana.

.... najgorszy nocleg:
 

21. Łąka ze szczurem koło Tivoli (255 m n.p.m.)

4,0/23 pkt.: Justyna-0, Remi-4, Bartek-6, Łukasz-XX, Tomek-6

 

Ten nocleg najbardziej zapamiętała Justyna, gdyż podczas rozstawiania namiotu zobaczyła szczura uciekającego do studzienki kanalizacyjnej oddalonej o metr. Z namiotu nie wyszła już do rana.
A spaliśmy rzeczywiście w nienajciekawszym miejscu, choć bywały już dużo gorsze. Od szosy oddzielał nas szpaler krzaków, a od domu stojącego na pobliskim wzgórzu, kępa drzew. Wybierając miejsce osłonięte z obydwu kierunków, wylądowaliśmy właśnie przy owej studzience, która potem stała się źródłem nieszczęścia Justyny.



Zasady oceny noclegów:
1. Ocenie podlegają tylko noclegi bezpłatne.
2. Ocena przebiega wg 4 kryteriów + bonus nadzwyczajny
   a) warunki noclegowo-pobytowe - punktacja od 0 do 5,
     czyli jak wyglądało miejsce pod namioty i jego otoczenie, czy była trawka, czy może brud i malaria, no i w jakich warunkach przyszło nam spożywać.
   b) warunki higieniczno-sanitarne - punktacja od 0 do 5,
     czyli czy można było się ochlapać wodą.
   c) poczucie bezpieczeństwa - punktacja od 0 do 5,
     czyli jak wysokie było prawdopodobieństwo, że ktoś przyjdzie i zwędzi nasze bidony.
   d) walory krajobrazowe - punktacja od 0 do 5,
     czyli w jakiej okolicy spaliśmy, czy był to zagruzowany barak, czy może łączka w górskiej kotlinie.
   e) bonus nadzyczajny - każdy przyznaje punkty wedle uznania od minus 3 do plus 3,
     np. w sytuacji gdy na noclegu objedliśmy się winogronkami, lub spotkaliśmy pana, który twierdził, że jest duchem.

© Przemysław Remigiusz Kitliński 2006-2016