Po opuszczeniu szlaku kolejowego czekało nas prawie 60 km w linii prostej po płaskim, 30 do Albacete i 30 z Albacete. Takiej prostej nikt z nas jeszcze nie robił. Ustawiliśmy się gęsiego z Liderem na przedzie i rozpoczęliśmy bezmyślne nabijanie kilometrów. Upał był niemiłosierny. W połowie dystansu w Albacete mieliśmy z Karpiem dość i udaliśmy się na dworzec autobusowy. Autobusy w naszym kierunku jeździły wprawdzie dwa razy dziennie, ale przezornie spisałem rozkład podczas planowania trasy. Odjazd był za niecałą godzinę, z kierowcą udało się dogadać w sprawie przewozu rowerów, jedyny problem to cena biletu za rower trzykrotnie przewyższająca cenę za pasażera. Lider z autobusu oczywiście nie skorzystał, a na miejsce dotarł szybciej od nas. Uciekając przed solidną burzą osiągnęliśmy kolejny cel naszej podróży - silnie meandrujący kanion rzeki Júcar.