Gdy już minęliśmy fragmenty ścieżki zasypane kamieniami średniej wielkości oraz fragmenty ścieżki na krawędzi nadmorskiego urwiska, pojawił się fragment bonusowy, który jednocześnie był zasypany kamieniami (znacznej wielkości) i prowadził na krawędzi urwiska.
Najgorsze było jednak dopiero przed nami. Droga, ścieżka, czy cokolwiek, czym dotąd się poruszaliśmy, zakończyło swój bieg w najwyższym punkcie trasy. Był stamtąd bardzo ładny widok na San José i mniej ładny na wyrżniętą w zboczu bruzdę, którą prowadził szlak na dół, do miasteczka. Okazało się, że nie ma rady i po raz drugi na tej wyprawie będziemy schodzić na raty. Najpierw niosąc w rękach sakwy, a potem, niosąc rowery na plecach. Wtedy też, bardzo zaniepokojony Przemek powiedział mi, że mama już nigdy z nami nie pojedzie. Okazało się, że przypomniał sobie publiczne oświadczenie Justyny z poprzedniej tego typu akcji, że po raz ostatni się w coś takiego pakuje. Ostatecznie Justyna złagodziła swoje stanowisko, ale przez tę głupotę w wakacje wylądowaliśmy w Belgii.
Dodatkowe zdjęcia:
Zejście do San José.
Widok z bliska.